Pamiętam ten moment, gdy siedzę w kinie pod koniec lat dziewięćdziesiątych i oglądam „Anakondę” z Jennifer Lopez, Jonem Voigtem czy Ice Cubem. Myślę wtedy „co za głupoty!”. Po ćwierćwieczu żałuję, że nie miałem wtedy więcej luzu np. tyle, ile twórcy tej nowej wersji, która jest czystą zabawą. W zasadzie nie czystą, ale skażoną spuścizną tamtego oryginału, który okazał sę – o ja głupi – kultowy.
Pamiętam swój entuzjazm po pierwszym „Avatarze”. Nie wierzę… to już 16 lat. Tamten klimat, poetyka, kreska, wreszcie niezapomniana muzyka Jamesa Horner – to wszystko musiało zadziałać na kogoś, kto kino wiąże z wyobraźią. Nawet jeśli „Avatar” był tylko rozbudowanym „Tańczącym z Wilkami”. Minęło wiele lat, uniwersum się rozrosło. Tylko czy zarazem rozrosła się historia?
Chyba w ostatnich latach zapomnieliśmy nieco o tym, jaką ogromną frajdą może być mrugająca okiem kreskówka, na dodatek z dobrym dubbingiem. Taka, którą różne osoby (także w różnym wieku) mogą odbierać na różnych poziomach. „Zwierzogród” przypomina o tym po raz drugi. Także o tym, że tak zbudowane filmy trzeba obejrzeć kilka razy, by wychwycić całą zabawę.
Z tym filmem jest jak z procesem norymberskim – jeśli schrzanisz tę próbę, precedensowo kolejne nie będą miały szans. A szkoda, by nie miały, bo proces norymberski to samograj. Zwłaszcza dla kina amerykańskiego, które uwielbia filmy z akcją na sali sądowej. A to przecież sala sądowa wszech czasów, czyż nie?
Ryzykowny pomysł. Zrobić dzisiaj film, w którym pod wpływem Ewangelii młodzi chłopcy (ministranci!) postanawiają coś z tym cholernym światem zrobić, to znaczy skoczyć z ekranu na główkę. To przecież na kilometr zalatywało słodkim filmidłem, niestrawnym w kinie. A jednak udało się. Udało się także z uwagi na ten cholerny świat. W nim bycie w porządku nie jest bowiem takie proste.
To jest film brutalny. I sceny znęcania się oraz przemocy domowej, pokazywane bez ogródek, nie mogą pozostawić bez emocji żadnego normalnego widza. A jednak – proszę mi wybaczyć – za jeszcze brutalniejsze uznaję te sceny, w których nikt nikogo nie bije. Np. scenę wzywania policji na interwencję, by przekonać się, że policja nie ma zamiaru pomagać.
Dla kogoś, kto zachwycił się historią Predatora z Arnoldem Schwarzeneggerem i Carlem Waethersem i podbił to drugą częścią z Danny’m Gloverem, nietrudno dojść do wniosku, że to za mało. Że chciałby więcej. Zwłaszcza, gdy dostaje się takie kontynuacje jak „Prey”, zresztą tego samego reżysera – tę u Komanczów. A tu? Tutaj rewolucja w Predatorze idzie zdecydowanie najdalej.
Mówią, że to najlepszy film Agnieszki Holland. Nie wiem czy najlepszy, ale chyba wyjątkowy i może najbardziej osobisty. Polska reżyserka zdradza swą wieloletnią fascynację Franzem Kafką i stara się dobrać do groteskowego kultu, jakim jest on otaczany. To film pełen emocji i wyobrażeń, przeskoków i groteski. Można by powiedzieć – kafkowski.
Zauważam u siebie poważną zmianę. Chociaż wcześniej nie nadążałem za muzyką Fryderyka Chopina, chyba nawet jej do końca nie lubiłem, teraz jest inaczej. Ciągnie mnie do niej, ciągnie do niego. Ten film jest zatem w takiej sytuacji doskonałym dopełnieniem konkursu chopinowskiego, który oglądałem i słuchałem namiętnie.
W dawnych „Psach” pada jedno zdanie, które może nie wszyscy wychwycili. „Taka sama prawda jak to, że Franc ponoć strzelał do papieża”. Mam wrażenie, że na bazie tego jednego zdania Władysław Pasikowski zbudował fabułę swego najnowszego filmu. Tyle tylko, że Bogusław Linda nie mógł już zagrać Franciszka Maurera.
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy