Jest pod koniec tego filmu w formie spektaklu taka scena, gdy gospodarze mieszkania wychodzą z kuchni i orientują się, że ich sąsiadów, zaproszonych na jedne z najbardziej niesamowitych odwiedzin jakie można sobie wyobrazić, już nie ma. „Już poszli?” – pytają gospodarze. A może nigdy ich nie było?
To zdumiewające i zarazem niosące nadzieję. Najpierw ludzie spoza Hollywood, za to związani z YouTube robią znakomity niskobudżetowy horror „Obsesja”, który już zrobił furorę (o zarobieniu pieniędzy nie wspomnę), a teraz kolejni tworzą niezwykłe „Backrooms”. Film tak zakręcony, jak korytarze, które go wypełniają. I tak siedzący w głowie jak to, co w tych korytarzach się kryje.
Przeczytałem, że pierwsza godzina „Odysei” jest znakomita, a potem jest słabiej. Uważam, że jest dokładnie odwrotnie. Im dalej w las, tym Homer staje się bliższy współczesności, tym „Odyseja” staje się coraz bardziej uniwersalną historią o zagubieniu, wyrzutach sumienia, miałkości, parszywości i odpowiedzialności. I niezwykle emocjonalną. To, co Christopher Nolan z niej wydobył, to wielka emocjonalność, jaka tkwi w życiowym błądzeniu.
Nikki powiada, że albo pozna prawdziwą miłość, albo nie napisze swojej książki. Czyli piszesz romans – jest przekonany Bear. Ona, że nie, nie romans. Pisze o miłości. A to nie to samo? – on na to. Pewnie dlatego tak mi siedzi w głowie ten film. Właśnie dlatego, że miłość to nie to samo co romans. To czasem także horror.
To mogłoby być pewnie każde państwo świata, aczkolwiek Niemcy są przykładem świetnym. Te Niemcy w połowy XX wieku, gdyż wtedy w ich wypadku mamy do czynienia z czymś absolutnie niezwykłym – kilkoma wersjami jednego państwa i jednego narodu. Na dodatek jednocześnie. Dlatego na „Ojczyznę” patrzę jak na uniwersalną opowieść o miejscu na świecie, którego być może nie ma.
Szkieletor wyzwalał najgorsze instynkty. Co więcej, He-man je wyzwalał. Zazdrość, zawiść, segregację, poczucie wyższości, kompleks niższości, rodzaj zbiorowego obłędu. Wystarczyło, że do kolegi z bloku przyjechała rodzina z RFN. Przywoziła wtedy figurki postaci z „Masters of the Universe”.
Zachwyt nad najnowszym filmem Stevena Spielberga jest dość rozległy, bo też amerykański reżyser porwał się na dzieło, jakiego dotąd nie nakręcił. Ogromne. Nie chodzi o to, że najbardziej zaawansowane technologicznie, najdroższe, najpotężniejsze. Rzecz raczej w ogromie pojęciowym, który obejmuje, z kwestiami wiary w Boga, wiary w naukę i politykę, wiary w media i – co najważniejsze – wiary w ludzi na czele.
Nie potrafię sobie dzisiaj wyobrazić świata sprzed „Gwiezdnych wojen” i nastania tego uniwersum, gdy nasza i filmowa wyobraźnia okazały się nie mieć granic. W praktyce oznacza to pół wieku tworzenia światów przenikających się nawzajem, pełnych nawiązań i kodów. O „Mandalorianie i Grogu” tak wielu pisze, że to znowu nie to. Cóż, ten film ma masę wad, ale przypomniał mi o tym, czym jest to może najwspanialsze uniwersum świata kina.
Kogo byście chcieli zagrać ze swej rodziny? Może ojca? Matkę lepiej? Może brata czy siostrę albo jakieś dalsze kuzynostwo? W filmie o rodzinie Jacksonów w rolę Michaela Jacksona – wielkiej gwiazdy popkultury – wcielił się debiutujący bodajże Jaafar Jackson. A zatem zagrał swego wuja.
Kiedy oglądałem „Projekt Hail Mary” (czyli de facto: Projekt Zdrowaś Mario), przyszedł mi do głowy E.T. Nigdy nie patrzyłem na niego jako na postać w gruncie rzeczy rubaszną i slapstickową. W zasadzie postać, która się teoretycznie nie broni, a jednak stała się kultowym symbolem chwytającym za serce. Tutaj z kosmitą zwany Rocky jest dokładnie tak samo.
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy