NAPISZ DO MNIE!
Kino

„Jurassic World. Odrodzenie” czyli wymarł rex, niech żyje rex

Kiedy dr Loomis (w tej roli Jonathan Bailey) mówi, że „robił doktorat u dr Granta”, a w tej części historii o wskrzeszonych dinozaurach pojawiają się sformułowania, że „od powstania Parku Jurajskiego minęły 32 lata”, coś do mnie dotarło. Przez 150 lat dinozaury bez problemu dorzucały do pieca ludzkiego zainteresowania i podniecały wyobraźnię. Teraz 32 lata wystarczyły, by człowiek się nudził.

„Jurassic World. Rebirth” (Jurassic World. Odrodzenie)

reżyseria: Gareth Edwards
scenariusz: David Koepp
w rolach głównych: Scarlett Johansson, Jonathan Bailey, Mahershala Ali, Rupert Field, Manuel Garcia-Rulfo


Bowiem słowa dr Wu z pierwszej części „Jurassic World” pozostają aktualne. Mówił o tym, że zwykłe odtworzenie dinozaurów to już za mało, to nie wystarcza. Wystarczało w 1993 roku, ale nie dwie dekady później. Teraz trzeba udziwnić, podkręcić, zmutować. Pamiętajmy o tym, że w starych „Parkach Jurajskich”, tych trzech z lat 1993-2001, mutantów nie było. Potem się wysypały.

„Jurassic World. Odrodzenie”

Formalnie nie było, bo jednak uzupełnianie luk w DNA klonowanych dinozaurów genomem żab było pewnego rodzaju mutacji. Precyzyjniej mówiąc, nie było krzyżówek i tworzenia fikcyjnych zwierząt na bazie dinozaurów. Obowiązywał ten stary, pierwotny i wyjściowy zachwyt nad zwierzętami, które miliony lat temu stworzyła i rozwinęła natura. Zachwyt tak wielki, że wystarczający.

Pamiętacie tę scenę z pierwszej części „Parku Jurajskiego” Stevena Spielberga z 1993 roku, gdy dr Satler i dr Alban wjeżdżają na polanę wyspy Nublar, gdzie wychodzi z lasu pierwszy dinozaur – ogromny brachiozaur. A oni rozdziawiają gęby pod wrażeniem. Otóż podczas premiery tamtego filmu we wrześniu 1993 roku (przed którą nie mogłem zasnąć) też tak ją rozdziawiałem w kinie. Miałem ten sam wyraz twarzy.

To było niesamowite. O dinozaurach zaczytywałem się od dziecka, odkąd rodzice posłali mnie do osiedlowego domu kultury na zajęcia plastyczne i tam puszczono film z polskich wykopalisk na Pustyni Gobi w Mongolii. Był tam odciśnięty w skale wielki trop dinozaura. Tak wielki, że gdy po deszczu napełnił się wodą, kąpało się w nim dziecko. Miałem sześć lat i zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Od tamtej pory czytałem i przeglądałem ilustracje.

To jednak… to było co innego. To były pierwsze takie ruszające się dinozaury, z dźwiękiem i szybkością, jak żywe. Myślałem, że oszaleję. Dinozaury wyszły z kartek książek, na których przebywały od 150 lat i skąd działały na ludzką wyobraźnię. Teraz wyobraźnia nie musiała już pracować, bo osiągnięcia światowej techniki mogły ją wyłączyć.

„Jurassic World. Odrodzenie” czyli zmutujmy to, co sklonowane

A wyłączenie wyobraźni ma spore konsekwencje. Jedną z nich jest nuda. Przecież powstanie nowej franczyzy „Jurassic World” na gruzach „Parku Jurajskiego” (zresztą dosłownie, także fabularnie) od początku opierało się na tej nudzie i nudą się karmiło. Zwykłe ożywione dinozaury to za mało, skoro każdy je już widział. Trzeba podkręcić, trzeba zmutować, trzeba dać ludziom coś nowego i ekscytującego. Stąd te wszystkie indominusy rexy dawniej oraz mutadony i distortus rex (który wygląda jak połączenie Obecego z Nostromo z małymi łapkami tyranozaura) teraz.

„Jurassic World. Odrodzenie”

Dr Wu mówił: „Musimy to zrobić, bo zwykły dinozaur to za mało”. Pomyślałem wtedy: za mało? Rany, to co się z nami stało, skoro to za mało? Jak bardzo przeżarte mamy mózgi i jak szeroko kroczy chciwość. Ona nie wiąże się tylko z dobrami materialnymi, można być także chciwym emocjonalnie. Wciąż chcieć więcej, ale tak jak chce tego nałogowiec.

Myślę, że jesteśmy uzależnienie od podkręcania, od śrubowania i od mutowania. Dzisiejszy postęp technologiczny jest nałogiem i „Jurassic World” w gruncie rzeczy jest o tym. Aby nakręcić kolejną część, która przyciągnie do kin uzależnionych od adrenaliny widzów tak jak poprzednie, trzeba zmutować. Mieć Scarlett Johansson albo dorzucić bestie, jakich nie było. A najlepiej – jedno i drugie.

„Jurassic World. Odrodzenie” czyli lustrzane sceny, są bliżej niż myślimy

Zwróćmy uwagę na niektóre sceny Garetha Edwardsa, który akurat popkulturę zna bardzo dobrze i potrafi łatwo szukać w niej nawiązań. Jego „Jurassic World. Odrodzenie” to film o wielu takich nawiązaniach. Prąd z wysokim napięciem, wiązki światła wabiące zwierzęta, opadająca szarfa z napisem „Gdy dinozaury rządziły światem”, lusterko samochodu z napisem „Obiekty pokazane w lusterku są bliżej niż się wydaje” to jawne i mocne skojarzenia ze starymi „Parkami Jurajskimi”. Jest nim także scena ukrywania się przez bohaterów w sklepie, jako żywo przypominająca ucieczkę przed welociraptorami z 1993 roku. Różnica jest taka, że wtedy ścigały ich zwierzęta rzeczywiście wykopane z Pustyni Gobi w Mongolii, teraz – mutanty.

O tempora, o mores. Gareth Edwards i jego scenarzysta David Koepp dwoją się i troją, by jakoś naciągnąć historię na zmutowane tło, ale i tak w końcu muszą natworzyć dziwnych bestii i rzucić je na ekran. Przykre jest to, że bogactwo świata mezozoiku jest tak ogromne, że w zasadzie można by się bez tego obyć, a w rolach tych zmutowanych idiotyzmów mogłyby wystąpić rzeczywiste gatunki. No ale po co? Mutant to mutant, brzmi spoko.

„Jurassic World. Odrodzenie”

Całe pokolenia ludzi były pod wpływem marzeń o dinozaurach, pod wpływem ich oddziaływania z przeszłości i świata, którego nigdy nie zobaczymy i od którego oddziela nas ponad 66 milionów lat (nie 60 milionów, jak pada w filmie, bo wtedy po mezozoiku nie było już śladu). Teraz dwa czy trzy pokolenia wystarczyły, by to było za mało.

„Jurassic World. Odrodzenie” czyli spinozaur wchodzi do wody

A i tak ostatecznie największe wrażenie robią sceny, w których mutantów nie ma, gdzie są stare, poczciwe…. Chciałem powiedzieć dinozaury, ale przecież kecalkoatl w powietrzu i mozazaur w wodzie nimi nie są. Przypomnę, że dinozaury to wyłącznie istoty lądowe, wody i powietrza nie podbiły w tym sensie, że nie przystosowały się do nich w pełni. Nie latały aktywnie, a pływały tak jak… spinozaur.

Pojawienie się tych żaglogrzbietych dinozaurów i krokodylim pysku jest znamienne, bowiem przecież wielki spinozaur – jeden z największych mięsożernych dinozaurów, jakie kiedykolwiek znaleziono – wystąpił też w „Parku Jurajskim 3” w 2001 roku. Tam był jednak istotą lądową, a po ćwierćwieczu wiemy, że spinozaury prawdopodobnie prowadziły ziemnowodny tryb życia.

„Jurassic World. Odrodzenie”

A to nasuwa wniosek, że 32 lat z „Parkiem Jurajskim” i jego – nomen omen – mutacjami to także 32 lat zmian w patrzeniu na te zwierzęta. Możemy prześledzić na bazie tych filmów, jak zmieniało się to postrzeganie. Welociraptory – zawsze bystre i groźne – stawały się coraz inteligentniejsze, stawały się opierzone, aż udało się je wręcz oswoić. Spinozaur demolował t-rexa w lesie, a teraz współpracuje z mozazaurem w wodzie. Tyranozaur zaczął znakomicie pływać. Ewolucja, także kinowa.

„Jurassic World. Odrodzenie” czyli 66 milionów lat klasyki

A propos tyranozaura w wodzie, wspomniałem że największe wrażenie robią nie sceny z mutantami, które trącą sztucznością i manieryzmem, ale te z udziałem prawdziwych dinozaurów i innych zwierząt mezozoiku. Tyranozaur śpiący przy łupie i wchodzący do wody, gdy zaintrygowało go coś na jej powierzchni, jest nieprzemijalnie i niezłomnie przepiękny. Wrażenie robi wspaniałe, jak w każdej części. Co klasa, to klasa. Co klasyk, to klasyk.

„Jurassic World. Odrodzenie”

Wychylający się z wody sam tylko grzbiet mozazaura niczym ogromnego walenia – mało? Potężnie działa na wyobraźnię, chociaż nie ma tu ani mutacji, ani nie widać wszystkiego. Taki mozazaur daje szansę wyobraźni, daje szansę rozumowi.

Kecalkoatl – powietrzny drapieżnik wielkości F-16 (nie, nie ma tu przekłamania, był nawet większy) – to także klasyk. Czy trzeba coś do niego dodawać? Czy trzeba go naprawdę zmutować?

No ale, że na „Jurassic World” chodzą też dzieci, a dzieci to specjaliści od dinozaurów, musi być też coś dla nich. Stąd nieduży ceratops stający słupka jak surykatka i zachowujący się jak domowy piesek. Maskotka? Nie, to Aquilops i to osobnik dorosły. Aquilops to najstarszy znany ceratops Ameryki Północnej, znaleziony w Montanie w 1997 roku, zatem już po pierwszym „Parku Jurajskim” Stevena Spielberga. Taki był niewielki, co wskazuje na to, że dinozaur może robić wrażenie nie tylko, gdy jest ogromny. I nie wszystkie ogromne były.

Radosław Nawrot

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Privacy Settings
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy
Youtube
Consent to display content from - Youtube
Vimeo
Consent to display content from - Vimeo
Google Maps
Consent to display content from - Google
Spotify
Consent to display content from - Spotify
Sound Cloud
Consent to display content from - Sound