NAPISZ DO MNIE!
Kino

„Predator: Strefa zagrożenia” czyli dobry Predatorek dobry…

Dla kogoś, kto zachwycił się historią Predatora z Arnoldem Schwarzeneggerem i Carlem Waethersem i podbił to drugą częścią z Danny’m Gloverem, nietrudno dojść do wniosku, że to za mało. Że chciałby więcej. Zwłaszcza, gdy dostaje się takie kontynuacje jak „Prey”, zresztą tego samego reżysera – tę u Komanczów. A tu? Tutaj rewolucja w Predatorze idzie zdecydowanie najdalej.

„Predator: Strefa Zagrożenia” (Predator. Badlands)

reżyseria: Dan Trachtenberg
scenariusz: Patrick Aison
w rolach głównych: Dimitrius Koloamatangi, Elle Fanning, Reuben de Jong, Michael Homick


Kiedyś wszedłem w polemikę w widzami, którzy bardziej cenią „Terminatora 2” niż jedynkę. Nie pojmuję tego za diabła. Dla mnie w oryginalnym „Terminatorze” mamy do czynienia z samym mięsem. Z cyborgiem, który jest bezduszną i zaprogramowaną maszyną. Nie można się z nim dogadać, negocjować, liczyć na litość (jak mówi Kyle), a już na pewno nie można go oswoić i robić z niego domowego pieska, jak w części drugiej. Nie rozumiem więc zupełnie wyboru opowieści o oswojonym zwierzątku.

„Predator: Strefa bezpieczeństwa”

Przytaczam to nie bez powodu., W wypadku Predatora także idziemy coraz dalej i dalej. Oddalamy się od dżungli, w której Arnold Schwarzenegger i reszta umięśnionych komandosów (czyli kwintesencji lat osiemdziesiątych) stawali czoła niewidzialnemu wrogowi o wielkich mocach.

Właśnie – niewidzialnego. Od czasu, gdy Predator przestał załamywać światło i pokazał swą paskudną gębę, już nie wrócimy do tego momentu, gdy coś czai się w lesie i nie wiadomo, co to jest. Jakiś miraż, złudzenie, które na dodatek obdziera ludzi ze skóry i zbiera trofea. Super drapieżnik. Skuteczny predator.

Nie cofniemy się, bo już go widzieliśmy. Efektu zaskoczenia już nie będzie. Można tylko żyć dalej z tą gębą, która odwiedza nas z każdą powtórkę starego „Predatora” i z każdym Halloween. W drugiej części z Danny’m Gloverem można było jeszcze grać zaskoczeniem, chować stwora tym razem w mieście, ale dalej to nie miało już sensu. Pojawiły się więc różne koncepcje, co dalej, w tym kuriozalne wciąż dla mnie (choć mocno już ugruntowane popkulturowo) połączenie Predatora z Obcym. I co jeszcze do tego? Może Dartha Vadera dorzućmy. Naciągana fabuła tego połączenia na chama wmówiła nam, że Predatorzy polują na ksenomorfy i… może na tym skończmy, gdyż nadal nie widzę w tym sensu.

„Predator: Strefa zagrożenia” czyli każdego się da oswoić

Przyszły kontynuacje jednak pomysłowe i udane, do takich zaliczam „Prey”. Przypomnę, że to film oparty na jednej zaledwie scenie z drugiej części, gdy Danny Glover wchodzi na statek przybyszów i znajduje tam ciekawą kolekcję broni. Jest tam również pistolet z datą 1714 rok. I na tym pistolecie umocowano „Prey”, w którym w 1714 roku z łowcami z Kosmosu walczą Indianie, waleczni Komancze z najwaleczniejszą Komanczką na czele. Chociaż ten film kilkukrotnie przegina, a komputerowa scena z grizli powinna się skończyć dywanem u tego, kto ją stworzył, to jednak jest udany.

„Predator: Strefa bezpieczeństwa”

A zatem da się, bez tworzenia fabularnego kuriozum. Da się na klasycznym fundamencie, na mocy którego Predator jest predatorem, a nie… pieskiem domowym, oswojonym jak cyborg z „Terminatora 2”, żeby dziecko miało się czym bawić.

W „Strefie zagrożenia” nie mamy może sytuacji, w której Predator jest domowym zwierzątkiem do głaskania, ale jednak następuje jego oswojenie. To on staje się głównym bohaterem, a nie załamującym światło tłem. To wokół niego skupia się oś fabuły. Antagonista staje się protagonistą.

Ryzykowne zagranie, bowiem wysadza w – nomen omen – kosmos założenie, że Predator to flesz, to omam i suspens. Że majaczy tylko między drzewami czy wieżowcami i że otacza go tajemniczość. Nie znamy jego przeszłości, losów, przeznaczenia, planów. To jest wspaniałe.

„Predator: Strefa zagrożenia” czyli dzikie zwierzę w lesie

Wspaniałe, gdyż taki Predator jest niemal zwierzęciem. Jak zwierzę poluje i jako groźnego zwierzęcia trzeba się go wystrzegać. Nie może być kumplem, towarzyszem podróży, nie uderza się z nim w pogaduchy i nie idzie na kawkę, nie wydaje mu poleceń i nie zawiera układów. To dogmat, jak w wypadku pierwszego z Terminatorów.

„Predator: Strefa bezpieczeństwa”

„Strefa zagrożenia” to założenie łamie. Rozwija świat Predatora, dodaje mu cech, osobowości, zdarzeń, wyzwań, nawet lęków i tęsknot. Czyni z niego w zasadzie człowieka, a na pewno pełnoprawnego bohatera. Ktoś powie: to dobrze. Ja powiem: nie jestem pewien. Tajemnica jest potężną siłą, zwłaszcza w kinie. Niedopowiedzenie jest potężną siłą, bo ono uruchamia wyobraźnię. Nie widzę powodu, by nas w niej wyręczać.

A „Strefa zagrożenia” to robi. Tworzy świat, który jest częścią uniwersum Predatora, poszerza je i pokazuje jak bardzo jest ono pojemne, ale zarazem jakby stoi poza tym światem.

Zresztą gdyby chodziło tylko o Predatora. „Strefa zagrożenia” podobnie wobec innych stworzeń czy bestii tej historii. Jest w tym współcześnie ważne i przemawiające do mnie przesłanie, że nic w przyrodzie (nawet na innej planecie) nie jest potworem i postawa typu „straszne, zabij!” jest dzisiaj archaiczna i zwyczajnie głupia, ale nie jestem pewien czy akurat takie przesłanie pasuje do uniwersum Predatora. Uniwersum zbudowanym na brutalnej sile i myśliwskim zdobywaniu trofeów. Bo przecież Predator jest myśliwym. Krwawym hobbystą. Trudno u niego o refleksję.

„Predator: Strefa bezpieczeństwa”

To, co mi się szczególnie podoba w „Strefie zagrożenia”, to nawiązanie do watahy wilków. Porównanie do wilczego stada, w którym nie ma bezrozumnej żądzy krwi i mordu, pokazu siły i brawury. U wilków liderem watahy nie zostaje ten, kto najwięcej zabija, ale ten, kto najbardziej dba o innych. Brawo za to.

„Predator: Strefa zagrożenia” czyli klasyczny świat męskiego macho

Nasz Predator zostaje wytrącony ze świata męskiego macho, gdzie nawet ojciec jest przemocowcem i wychowany w kulcie siły, musi wydobyć inne uczucia. Zwróćmy uwagę na to, że to raczej postać grana przez Elle Fannig (nie spodziewałem się jej w takiej roli) jest tą, która rusza głową i ta bardziej życiową. A Predator – jak dziecko… dopiero się uczy, że łuk i włócznia to nie wszystko na świecie.

W efekcie dostajemy świat pozbawiony ludzi, a jednak mocno ludzki. Ucharakteryzowany, w którym „paskudna gęba” z czasów Arnolda Scvhwarzeneggera staje się gębą swojską, przyjazną, zwyczajną niemalże. Dobrze to czy źle?

„Predator: Strefa bezpieczeństwa”

Nie chciałbym, aby ktoś pomyślał, że jestem pełen krytyki wobec „Strefy zagrożenia”. To sprawny film, aczkolwiek nawet w warstwie uniwersum cierpi na starą przypadłość filmowców s-f. Nie potrafią oni w ogóle budować światów na innych planetach, bo te światy zawsze korzeniami tkwią w wyobrażeniach życia ziemskiego. Stanowią jedynie jego wariację, deformację, inną wersję. Uznaję to za brak wyobraźni.

Nie krytykuję jednak, bo film jest sprawny i ogląda się go dobrze. Nie krytykuję, zastanawiam się dokąd doszliśmy. Co dalej? Wyślemy Predatora go szkoły z kanapkami? Damy mu pracę w urzędzie? Zrobimy z niego ofiarę i z myśliwego – zdobycz? Mam wrażenie, że ta droga jest mocno wtórna. To, co w takich opowieściach jest naprawdę oryginalne, to pozostanie wiernym pierwotnym założeniom. Mało kogo na to stać.

Radosław Nawrot

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Privacy Settings
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy
Youtube
Consent to display content from - Youtube
Vimeo
Consent to display content from - Vimeo
Google Maps
Consent to display content from - Google
Spotify
Consent to display content from - Spotify
Sound Cloud
Consent to display content from - Sound