Ryzykowny pomysł. Zrobić dzisiaj film, w którym pod wpływem Ewangelii młodzi chłopcy (ministranci!) postanawiają coś z tym cholernym światem zrobić, to znaczy skoczyć z ekranu na główkę. To przecież na kilometr zalatywało słodkim filmidłem, niestrawnym w kinie. A jednak udało się. Udało się także z uwagi na ten cholerny świat. W nim bycie w porządku nie jest bowiem takie proste.
„Ministranci”
reżyseria: Piotr Domalewski
scenariusz: Piotr Domalewski
w rolach głównych: Tobiasz Wajda, Mikołaj Juszczyk, Filip Juszczyk, Bruno Błach-Baar, Daria Kalinczuk, Kamila Urzędowska, Artur Paczesny, Tomasz Schuchardt, Sławomir Orzechowski
Kościół to elektryczny temat. Jego wyznawcy, członkowie i zwolennicy nerwowo reagują na każde odniesienie do niego w sztuce, we wszystkim widzą atak. Przeciwnicy alergicznie reagują na wszystko, co niesie ze sobą słowa „Kościół, Bóg, religia”, jakby rtaziły ich one prądem. To dwa potężne oceany z wielkimi falami, przez które Piotr Domalewski ze swoimi debiutującymi na ekranie chłopakami w rolach ministrantów przepłynął zwycięsko.

Bądźmy bowiem uczciwi – co Państwo pomyśleli na dźwięk tytułu tego filmu? „Ministranci”… no tak, pewnie jakiś drugi Smarzowski, ale o molestowaniu w Kościele – ktoś powie. Może doda, że słusznie, bo to ważny temat. A ortodoks dorzuci, że jazda z tymi klechami. Ktoś inny stwierdzi, że to może jakiś film o faktycznym życiu ministrantów, o kościelnej kuchni, nie wiem, o czymś w tym stylu, co przyciąga młodych chłopców, dzieci jeszcze do posługi przy ołtarzu.
W obu wypadkach zadziałają stereotypy. „Ministranci” to w jakimś sensie jest film o stereotypach, ale nie w tym znaczeniu. Molestowanie, grzeszki Kościoła to zło, ale zła na świecie jest znacznie więcej. Proszę zwrócić uwagę na to, że „Ministranci” nie są do końca zanurzeni w samym Kościele, ale też nie wychodzą z niego do końca. Kościół jest tu początkiem i jest też końcem, jest puentą. Puentą nadzwyczaj prostą, a jednak mocno dającą do myślenia.
Dochodzę do wniosku, że to jest odpowiednie słowo, które pasuje do tego filmu – prostota. Paradoksalnie pasuje, bowiem przecież zaledwie kilka linijek wyżej napisałem, że „bycie w porządku nie jest takie proste”. Nie jest, właśnie w tym rzecz. Rzecz w tym, że chłopcy uważają przeciwnie. Że jest. Że nie ma nic prostszego. Co więcej, zaczynają ową dosłowną prostotę realizować.
„Ministranci” czyli dziecko widzi to zupełnie inaczej
To są dzieci, ich myślenie opiera się na innych skojarzeniach i wnioskach, na innych rozkminach niż myślenie dorosłych. Jeżeli coś słyszą w kościele, słowa proste, jasne i – mało tego – postrzegane przez wszystkich za ważne, święte, czytane i słuchane z pochyloną głową i przyklękiem, z szacunkiem, no to… wniosek jest, tak, jest właśnie prosty. Jest napisane i tak ma być. Bez ale, bez wymówek, bez kombinowania.

Te dzieci rozumują prosto i jasno, ale też zwróćmy uwagę na to, że ich myślenie nie bierze się znikąd. Bierze się z niesprawiedliwości. „Ministranci” zaczynają się od niesprawiedliwości i niesprawiedliwością kończą. To ona jest paliwem jako coś, czego dzieci nie rozumieją i nie akceptują. „Jesteś niesprawiedliwa jak wszyscy!” – potrafią wykrzyczeć do matki jako rodzaj niezgody i niezrozumienia. Zwłaszcza, że gdy służą do mszy, to nie scrollują telefonu i nie myślą o dupie Maryni, ale wsłuchują się. I słyszą, że niesprawiedliwość można łatwo zmienić. Wystarczy, żeby wszyscy robili to, co należy i co jest słuszne. Nie tylko nie robili czegoś, ale byli aktywni.
„To jest sprawiedliwe” – powiadają nader często, gdy szukają uzasadnień i wręcz usprawiedliwień swych czynów. Usprawiedliwień dla czynów, które postrzegają jako dobre, ale które zarazem usprawiedliwienia wymagają. Bo wykraczają poza społeczne ramy i są sprzeczne ze światem wokół nich. To jest paradoks tego filmu, że „to jest sprawiedliwe i słuszne” wymaga uzasadnienia. Przed sobą i innymi. Co więcej, wymaga działanie w ukryciu.

„Ministranci” czyli do konfesjonału po pomoc
To, co robią ci chłopcy, to nie tylko Niewidzialna Ręka (kto jeszcze ją pamięta?). To coś więcej. Słuchać spowiedzi, więcej, podsłuchiwać spowiedzi to w tym wypadku znaczy słuchać drugiego człowieka. Ci ludzie w konfesjonale nie tyle wyznają grzechy, co skarżą się. „Nie przychodzę do spowiedzi, przychodzę po ratunek” – mówią. Konfesjonał nie jest tu miejscem, gdzie ludzi się upokarza (co tak często zdarza się w takich wypadkach), ale gdzie można szukać pomocy.
Ksiądz w konfesjonale jest niemal niemy. Ludzie spowiadają się nie jemu, ale całemu światu, chociaż nie wiedzą, że to robią. Nagrywanie spowiedzi jest tym, co chłopcy usprawiedliwiają jako powrót do pierwotnej, starej wspólnoty chrześcijańskiej, gdzie człowiek spowiadał się przed wszystkimi. To znaczy: mówił wszystkim o swoich problemach i szukał ratunku.
Czytam to metaforycznie. Dziesiątki, setki problemów wokół nas, niesprawiedliwości i zła ukrytego za zamkniętymi drzwiami. Zwłaszcza drzwiami domów. One nie wychodzą poza te drzwi, nie wychodzą także poza konfesjonał, bo… tajemnica spowiedzi. Pomóc ma Bóg. Chłopcy zaś mówią: pomóc mogą także ludzie, o ile będą wiedzieli, co się dzieje i nie będą mieli tego gdzieś. Będą słyszeć i widzieć.

Dla mnie to czytelna metafory niezgody na bierność, na zamykanie oczu i uszu, na odpukiwanie jako oczyszczenie sumienia, tak jakby cokolwiek to załatwiało. Człowiek odchodzi wyspowiadany i opukany, problemy pozostają.
„Ministranci” czyli nie osądzaj, by nie być osądzonym
Rzecz jasna, tkwi w tym kontrowersja. Chłopcy łamią prawo, łamią obyczaje, łamią zasady. W zasadzie to kryminał. Nie osądzaj jednak, jeśli sam nie chcesz być sądzony – to chyba dobrze pasuje do postawy dostojników kościelnych, choćby tego granego przez często widywanego ostatnio Tomasza Schuchardta. Pasuje jednak przewrotnie także do tych, którym chłopcy pragną pomóc.
Bycie w porządku nie jest bowiem takie proste. To znaczy, może bycie w porządku proste jest, ale nie są proste tego konsekwencje. Nie osądzaj dotyczy tu bowiem ludzi, którzy przynoszą swe sprawy do konfesjonału. Dopiero, gdy na podstawie tej spowiedzi chce się im pomóc, okazuje się, że pojawiają się problemy. Z jednej strony pokazuje to fałsz, z jakim ludzie przychodzą do konfesjonału (może i fałsz wobec siebie), a z drugiej – zawiłość całej sytuacji. Pomoc nie zawsze prowadzi ku dobremu. Dobro nie zawsze ma uśmiechniętą twarz.
Te dzieci nie mają oparcia w żadnym dorosłym. Żaden ich nie rozumie, więcej, żaden ich nie dostrzega. Czy to matka rozbita psychicznie i chorująca na depresję, która sama potrzebuje pomocy, czy rodzina w biedzie, czy przemocowy ojciec, czy rodzice bardzo bogaci, szukający domu gdzieś w Hiszpanii i zamawiający na obiad sushi – żaden z nich nie dostrzega dzieci i nie podąża za nimi. Żaden z tych dorosłych nie nadaje się jako oparcie. Chłopcy wracają do domów, które domami nie są i muszą brać sprawy we własne, niedoświadczone ręce.
„Ministranci” są filmem prostym, co w tym wypadku jest komplementem. Są filmem prostym także z uwagi na wiek swoich bohaterów i ich sposób gry. Dzieci na ekranie to zawsze wielkie ryzyko, zwłaszcza ryzyko sztywności, a tutaj dzieci muszą unieść cały film. Oczywiście, że chwilami pojawia się jakaś sztuczność – nie można mieć o to pretensji do debiutantów, to aktorów w tym wieku. Generalnie jednak chłopcy grają świetnie, chłopcy tworzą niezwykły klimat tego filmu, a Tobiasz Wajda to już w ogóle rewelacja. Jakby było mało, okraszają to rapem, który miał wszelkie zadatki na to, by być żenujący. Dziecięcy, amatorski, o pomaganiu i Bogu – gotowa katastrofa artystyczna. A jednak nawet on daje radę.

Przez sporą część tego filmu wydawało mi się, że będzie to słodka powiastka o Robin Hoodzie i jego bandzie, w komży zamiast rajstop. A jednak tak się nie stało, głównie za sprawą komplikacji. Te komplikacje siłą rzeczy się pojawiają i nadają całej tej historii dodatkowego kontekstu. Sprawiają, że zaczynami dzięki filmowi myśleć i mówić o sprawach ważnych. I w tej rozmowie wciąż zachowujemy prostotę, która okazuje się rozwiązaniem najsensowniejszym. Otwierającym oczy. „To jest sprawiedliwe” – brzmi dosadnie właśnie dzięki niej.
Radosław Nawrot