Pamiętam swój entuzjazm po pierwszym „Avatarze”. Nie wierzę… to już 16 lat. Tamten klimat, poetyka, kreska, wreszcie niezapomniana muzyka Jamesa Horner – to wszystko musiało zadziałać na kogoś, kto kino wiąże z wyobraźią. Nawet jeśli „Avatar” był tylko rozbudowanym „Tańczącym z Wilkami”. Minęło wiele lat, uniwersum się rozrosło. Tylko czy zarazem rozrosła się historia?
„Avatar: Ogień i Popiół” (Avatar: Fire and Ash)
reżyseria: James Cameron
scenariusz: James Cameron, Rick Jaffa
w rolach głównych: Sam Worthington, Zoe Saldaña, Stephen Lang, Oona Chaplin, Sigourney Weaver, Cliff Curtis, Kate Winslet, Edie Falco, Britain Dalton, Bailey Bass, Jack Champion
Pierwszy „Avatar” Jamesa Camerona sprzed lat miał wiele koni pociągowych. Sam fakt, że to historia z innej planety… wróć, z innego księżyca, jakim jest Pandora – już to uruchamia wyobraźnię. Humanoidalne istoty (aczkolwiek znacznie większe niż człowiek) zwane Na’avi, którym odmawia się człowieczeństwa, a które dźwigają narracją opowieści. Muzyka, estetyka (z biolumienscencją lasu i czystością jego prawa naturalnego), połączenie świata siecią podobną do internetu, a oznaczającą współodczuwanie – to wszystko działało. Działał jednak także romans.

Gdy przyjrzeć się bliżej „Avatarowi” z 2009 roku, dostrzeżmy w nim romans. Więź, wreszcie uczucie rodzące się między autochtonką Neytiri (Zoe Saldaña) i avatarem Człowieka z Nieba (Sam Worthington) to uniwersalna opowieść w stylu „Pocahontas”, w której to tubylcy Na’avi odgrywają rolę Indian. A ów avatar jak Tańczący z Wilkami odkrywa świat, którego nie znał i w którym się zakochuje.
Popłuczyny tej miłości widzimy także w trzecim „Avatarze”, gdy Żeksulli (Jack Sully) mówi przecież do pułkownika Quaritcha: „Masz ten świat przed sobą, na wyciągnięcie ręki, a nie dostrzegasz go”. Gdy więc mówię „romans”, mam na myśli nie tylko klasyczną historię miłosną między dwojgiem ludzi czy też istot humanoidalnych, ale także miłość do całej Pandory, jej świata nakreślonego tak, że jest zarazem kiczowaty, jak i piękny, wreszcie zwłaszcza do jej pierwotnych i naturalnych praw. Ta miłość oznacza zwrot ku naturze, jakiego doświadczali biali traperzy na Dzikim Zachodzie, o ile otworzyli oczy zanim zaczęli mordować. Mieli wszak do czynienia z ludem żyjącym tu od tysięcy lat i mocno związanym z naturą, przyrodą, światem wokół. Europa z nią zerwała, w indiańskiej Ameryce czy na Pandorze to wciąż aktualne. I zdrowe.
To jednak także romans klasyczny, między Neytiri a Jackiem Sully o dużej sile nośnej, dużej energii. Uczucie rosnące od chęci zabicia przybysza po chęć związania z nim życia, ocalenia mu życia i obrony (ta scena, gdy Neytiri jako sycząca kotka broni swego faceta jest doskonała) jest tu zbudowane starannie i wiarygodnie. Jego kwintesencją jest scena, gdy Neytiri jako 3-metrowa olbrzymka bierze w ręce małe, kruche, wiotkie, pozbawione tlenu ciało ukochanego, by go uratować.

Lata jednak lecą, uczucie gorące i waleczne zmienia się w funkcjonującą jak każda rodzinę. Taką, która walczy o przetrwanie i przed którą staje wiele wyzwań i problemów, ale jednak to już co innego niż romans. To zupełnie inna opowieść. Tu mamy Żekasuli, który musi wziąć na siebie odpowiedzialność nie za całe plemię jako Toruk Makto, ale za bliskich zwłaszcza. Jako głowa rodziny. A Neytiri nie jest już syczącą kotką skaczącą po gałęziach, ale mocno sponiewieraną przez czas i troski matką i żoną, o nieco depresyjnym zabarwieniu. Pogrążoną w żałobie, która przeradza się u niej w nienawiść. Taką pełną wątpliwości, czy aby nie schrzaniła sobie życia i trosk, jak je dalej poprowadzić. Wyobcowaną, wygnaną, niepewną.
„Avatar: Ogień i Popiół” czyli romans na Pandorze i z Pandorą
Neytiri kreowana przez Zoe Saldañę to niewątpliwie najciekawsza postać „Avatara”, zawsze bardzo emocjonalna, reagująca mocno i mocno wszystko przeżywająca. Nie ona jest już najważniejsza w drugiej i trzeciej części, tak jak w pierwszej, ale jednak jest wciąż kluczowa. Jednym z najważniejszych powodów do oglądania kolejnych części „Avatara” jest to, by zobaczyć jak się zmienia.
Żeksuli także, aczkolwiek on stał się postacią niepodobną do siebie z części pierwszej. On także zachował jednak emocje wynikające z brzemienia brania na siebie odpowiedzialności wciąż i wciąż, czego nie chce. Za czym nie tęskni. Dopada go jego dawna sława, ścigają go demony przeszłości, także dosłownie. Nie jest bezpieczny jako były lider. Staje się przez to chwilami oschły, twardy, surowy dla dzieci i nieczuły dla żony. Chwilami, bo jednak to skorupa.

Nie w nim widzę jednak oś filmu. Mam wrażenie, że nadal ta oś ma rodzaj żeński. Jeżeli nie Neytiri, to chociażby raz jeszcze Sigourney Weaver – tym razem jako Kiri, wieszczka i tsahik, rozmawiająca z duchami i postać bardzo ezoteryczna. To sprytny zabieg, by Sigourney Weaver zatrudnić raz jeszcze i zrobić z niej nowego, tym razem dziecięcego avatara. Łatwo wtedy zachować podobieństwo.
„Avatar: Ogień i Popiół” czyli Indianie też walczyli głównie z sobą
Kolejne „Avatary” dodają zawsze coś nowego w kwestii postaci i tym razem są to Mangkwanowie – waleczny, acz złowieszczy klan Na’avi, trudniący się łupiestwem. Zwłaszcza jego fenomenalna liderka Varang, kreowana przez Oonę Chaplin, córkę Geraldine i wnuczkę samego Charliego Chaplina. No jest to postać, co się zowie! Chyba najlepsza, jaką dotąd wprowadzono w kolejnych częściach, a pani Chaplin nadała jej wszystko, co jest istotnym pieprzem – ogień, energię, spojrzenie, namiętność, nawet ten chód godny tancerki, jaką zawodowo jest wnuczka Charliego Chaplina.
Ta piratka i bezwzględna rozbójniczka też niesie za sobą historię, związaną z buntem. Nie jest to bunt przeciw komuś konkretnemu, ale raczej przeciw zastanej materii. Przeciw bóstwom, które nie słuchają i nie spełniają jej pragnień, przeciw porządkowi naturalnemu i porządkowi jako takiemu. Varang jest postacią, która chce inaczej konstruować świat Pandory, na swój pomysł.

Jej pojawienie się i obecność wszystkich łupieżców Mangkwan to istotny wtręt, wysadzający w kosmos (nomen omen) dotychczasowe założenia, że Na’avi to tylko pozytywni mieszkańcy Pandory, bez morderczych zapędów. Jedynie ofiary, a nie krzywdziciele. To także jawne nawiązanie do indiańskich historii z Ameryki, gdy poszczególne plemiona wolały wyrzynać się między sobą niż sprzymierzyć do walki z najeźdźcą. Opowieść o „dziel i rządź”.
„Avatar: Ogień i Popiół” czyli kiedy wojna staje się nużąca
Łupieży są z pewnością wartością dodaną, niczym jacyś Paunisi czy Szoszoni w westernach, a sceny ataku na podniebną karawanę kupiecką ogląda się lepiej niż całą tę wojnę, na którą do upadłego stawia James Cameron. I która budzi już znużenie.
„Avatar: Ogień i Popiół” ma bowiem wiele elementów dodanych, ale też zjada swój niebieski ogon i powtarza się potwornie. Wojna rozpętana w części pierwszej wciąż nie wygasa, ale to jeszcze bym zrozumiał. Mamy tu jednak niemal bliźniacze sceny jak w poprzednich częściach – przeszukiwanie wiosek, straszenie tubylców, podniebne walki pojazdów ludzi i ikranów, wreszcie nawet polowanie na tulkuny, miejscowe wieloryby. Polowanie z puentą mocno i dosłownie nawiązującą do „Szczęk”. To nadaje opowieści wymiaru głęboko antywielorybniczego, a okrutne i krwawe polowania na wieloryby stają się symbolem ludzkiej głupoty i stosunku do środowiska. „Nienawidzę tego, co rodzi się w ich małych, ciasnych umysłach” – mówi o ludziach Neytiri, a James Cameron z upodobaniem pokazuje nas jako chciwych imbecyli, którzy złupią wszystko, czego jeszcze nie zdołają dobrze poznać.
Pokazuje słusznie.

Wielorybie tulkuny to symbol mocno bijący, bowiem to istoty rozumne, wręcz religijne, tworzące społeczności. Symbol naszej ignorancji i obezwładniającej durnoty. Znak tego, że dominacja nad innymi gatunkami i światami nie mogła trafić w gorsze ręce niż ludzkie. Nawet jednak ten wyraźny symbol jest już zużyty i wykorzystywany po raz kolejny, niemal jeden do jednego. Przez to nie tylko nuży. Gorzej, traci na znaczeniu, a to fatalna wiadomość.
„Avatar: Ogień i Popiół” czyli Pandora jest za bogata na takie uproszczenia
Inaczej mówiąc James Cameron sam dezawuuje swój „Avatar:, odbiera mu jakość, wymiar, znaczenie. Dlaczego to robi? Może to brak pomysłu, może wyczerpanie zasobów wyobraźni, chociaż nie sposób pojąć jak to możliwe w takim miejscu jak Pandora. Gdzie każdy aż rwie się, by wyobraźni użyć, gdy się ona o to sama prosi. Pamiętajmy jednak, że James Cameron od początku kroczy po ziemskich śladach. Pandora lśni, bije bioluminescencją, kolorami i fantastycznymi barwami, ale w gruncie rzeczy jest Ziemią. Jej skopiowaną wersją, z podobnymi, jedynie nieco zmienionymi zwierzętami. Taka musi być jako metafora.

Może dlatego James Cameron niewiele dodaje do świata przyrody Pandory, może jedynie żarłoczne kałamarnice. Niewiele więcej, nad czym boleję. Chętnie zobaczyłbym „Avatar”, który daje sobie spokój z tą całą wojną, a skupia się na świecie, który przed nami ledwo odkrył. Ledwo zajrzeliśmy w jego głąb zza liścia. Chciałbym więcej, chciałbym czegoś nowego w miejsce bezustannych powtórek. W miejsce przekazu, który niegdyś był magiczny i niesamowity, a teraz staje się karykaturalny. Wpływ bogini Eywy, połączenie światów łączem godnym światłowodów, wzajemny kontakt, wreszcie pojawienie się duchów nie ma już tu uroku. Jest wyłącznie karykaturą, nieudolnie naśladującą „Gwiezdne wojny”.
No i niestety już bez muzyki Jamesa Hornera. Mam wrażenie, że jej brakuje mi najbardziej.
Radosław Nawrot