Pamiętam ten moment, gdy siedzę w kinie pod koniec lat dziewięćdziesiątych i oglądam „Anakondę” z Jennifer Lopez, Jonem Voigtem czy Ice Cubem. Myślę wtedy „co za głupoty!”. Po ćwierćwieczu żałuję, że nie miałem wtedy więcej luzu np. tyle, ile twórcy tej nowej wersji, która jest czystą zabawą. W zasadzie nie czystą, ale skażoną spuścizną tamtego oryginału, który okazał sę – o ja głupi – kultowy.
„Anakonda” (Anaconda)
reżyseria: Tom Gormican
scenariusz: Kevin Etten, Tom Gormican
w rolach głównych: Jack Black, Paul Rudd, Thandiwe Newton, Steve Zahn, Daniela Melchior, Selton Mello, Ice Cube
Życie niczego mnie nie nauczyło. Także tego, że pewne wydające się pozornie głupie dzieła mogą stać się łatwo kultowe, o ile mają coś, co to uzasadnia. A tamta „Anakonda” miała. Nawiązując do amazońskich mitów o sucuruju gigante, stworzyła klimat idealny dla filmów klasy B, nawet B+.

Warto o tym pamiętać dzisiaj, gdy kultowe staje się byle co, bez względu na jakość, knyfy czy klimat. Dawne kino klasy B miało w sobie wiele kiczu i głupoty, ale zawierało też istotny pieprz działający jak ziarenko. Przeniesione w nowe miejsca i do nowych głów, kiełkowało w dość nieoczekiwanych momentach i nieoczekiwanej formie. Weźmy chociażby Quentina Tarantino czy Petera Jacksona, który na kinie klasy B wyrośli i do dzisiaj oddają mu hołd.
„Anakonda” Toma Gormicana także oddaje, głównie tej dawnej wersji dzieła o ogromnym wężu z Amazonii z 1997 roku w reżyserii Luisa Llosy, chociaż w zasadzie należałoby powiedzieć, że wręcz wszystkim filmom wcześniejszym np. „Anakondzie” Torgny Anderberga z 1954 roku.
To już pokazuje, z jaką sztafetą mamy do czynienia w wypadku kina klasy B. Dzieło, kultowość, nawiązanie, znowu kultowość, znowu nawiązanie. To jest jeden wielki filmowy wąż, w którym ktoś w końcu orientuje się, że jeśli robić kolejną wersję, to nie na serio i nie na kolanach, ale z humorem i może w nietypowej formie. Chociażby formie „filmu w filmie”.
„Anakonda” czyli błysk w oku przy kinie klasy B
W wypadku tej nowej „Anakondy” mamy właśnie do czynienia z czymś takim. Oto grupa wielbicieli kina klasy B i horrorów wyrusza do Brazylii, by nakręcić samozwańczo remake dawnej „Anakondy” z 1997 roku, tej z Jennifer Lopez i Jonem Voigtem, z występem Ice Cube’a. I to film o kręceniu filmu.
To jednak także film o fascynacji, która nie ma granic i kresu głębi, o ile jest prawdziwa. Może być fascynacją czymś klasy B, C, jakiejkolwiek, o ile kroczy za tym prawdziwa pasja i błysk w oku, jaki mają bohaterowie. Ta „Anakonda” dość nachalnie opowiada nam o realizacji marzeń i wtłacza do głów, że wielki dusiciel nie jest w zasadzie żadnym wężem, ale takim właśnie koszmarem niespełnionych pragnień i ambicji. Strasznie to toporne, ale jednak coś w tym jest. Istotnie, porzucone marzenia – jakiekolwiek by nie były – nie znikają. Zostają i straszą, duszą i łamią kręgosłupy.

Słuszne było założenie twórców nowej „Anakondy:”, że tworzenie nowej wersji filmu sprzed ponad ćwierćwiecza nie ma sensu. Byłoby szalenie wtórne, prawdopodobnie szalenie słabe. Tamta stara „Anakonda” wciąż się broni. Nawet ten wielki wąż o krwawym spojrzeniu wygenerowany przez komputer, chociaż wygląda dość rubasznie, wciąż się broni. Proszę zwrócić uwagę na to, że w nowej wersji wąż jest tworzony podobnie, co jest jakby wskazaniem: „patrzcie, ponad 25 lat temu, a jednak ta anakonda daje radę”.
Ja wtedy zagłębiam się w refleksji, że potraktowałem ja niesprawiedliwie. Uznałem za głupią i bezsensowną, chwilami żenującą. Nie dostrzegłem klimatu parnej dżungli, ciszy i wrzasku, potwora wyłaniającego się z bagna, nie zauważyłem legendy sucuruju gigante, bez której Amazonia nie byłaby tym, czym jest. Nie wpatrzyłem się w Jennifer Lopez, która przecież fascynuje, bo co by jej nie dać do zagrania, to da sobie radę. Choćby w komedii, dreszczowcu o wchodzeniu do głowy zabójcy czy polowaniu na wielkiego węża – Jo Lo to jednak klasa. Nie zakochałem się w minie Jona Voigta, jego zakazanej gębie i kucyku jak u rasowego paragwajskiego łowcy przygód. Nie ujął mnie Ice Cube i w ogóle spłynęła po mnie ta anakonda jakby to nie mnie chciała zadusić. Może to źle kojarzące mi się dzisiaj towarzystwo, w którym oglądałem film, a może sam zadusiłem się swą próżnością, która nie dopuszcza do wyobraźni przeświadczenia, że filmowa anakonda może mieć i milion metrów. Nic do tego ani mnie ani zoologii.
„Anakonda” czyli zawsze doceniaj wielkie węże
Wyszło jak wyszło, nie doceniłem „Anakondy” z 1997 roku, a przynajmniej nie doceniłem jej od razu. Z czasem bowiem oglądałem ją coraz chętniej i nadal nie przełączę, gdy któraś telewizja ją puści. Gimby nie znajo, ja znam i dlatego nowa „Anakonda” ma dla mnie specyficzny smak.

To słodki smak luzu, z którym oglądałem to dzieło. Taki smak, który odrzuca wszelkie zażenowanie, nielogiczności i głupoty, odrzuca wszystko, co nie jest zabawą i całkowitym rozluźnieniem. Więcej – śmiechem, bo śmiałem się na „Anakondzie” na głos, wyłuskując zwłaszcza smakowite kąski nawiązań, mrugnięć okiem i sztafety znaczeniowo-pokoleniowej. Żarty z Ice Cubem o Jennifer Lopez i inne wtręty, które wyłowi tylko ktoś, dla kogo kino nie zaczęło się w 2010 roku. Także kino klasy B.
Nie mogło być inaczej, bo już obsada wskazywała na to, że ta „Anakonda” nie będzie wyciskać ostatniego dechu z poharatanej twarzy Jona Voigta, ale wyciśnie łzy śmiechu, gdy Paul Rudd i Jack Black zaczną się wydurniać. Owszem, jest tu wiele pomieszania z poplątaniem, bo chociażby taka Daneiela Melchior (to Portugalka, dlatego tak dobrze zna portugalski i może zagrać dziewczynę rodem z Brazylii) próbuje tu chwilami być postacią na serio. Bez skutku, bo to nie ma sensu. Z drugiej strony jest całkowicie niepoważna postać kreowana przez brazylijskiego aktora Seltona Mello i luźna postać tworzona przez Thandiwe Newton, którą znałem raczej z fenomenalnej roli androida w serialu „Westworld”.
Pomieszanie z poplątaniem dotyczy także proporcji między tym co śmieszne, a tym co ociera się o żenadę jak chociażby Steve Zahn (słaba ta jego postać, a cenię go za fenomenalny występ w roli Złej Małpy w „Wojnie o planetę małp”), ale na szczęście jakoś dramatycznie tej granicy nie przekracza. Fabularnie film całkowicie nie nadąża, ale nie szkodzi. Ten film jest bowiem jak wąż, który się zwęża i zwęża, a jak się już całkiem zwęzi, to koniec węża.
Radosław Nawrot