Można by łatwo postawić tezę, że grany przez Austina Abramsa bohater ma wyjątkowego wręcz pecha i najgorszy dzień życia. Trafić akurat na kaszalota polującego na wielką kałamarnicę, zahaczyć się o nią, wpaść do jego paszczy i mimo prób uwolnienia, trafić do żołądka – może być gorzej? „Upadek wieloryba” nie jest jednak historią koszmarnego pecha i dramatu w środku ciała wieloryba. Przeciwnie wręcz. To przypowieść iście biblijna i wielce metaforyczna. Z tą różnicą, że ten bohater nie zostaje przymuszony cielskiem wieloryba do zmian. On do nich dojrzewa. A że w nietypowym miejscu jakim jest żołądek walenia, cóż…
.
„Upadek wieloryba” (Whalefall)
reżyseria: Brian Duffield
scenariusz: Brian Duffield, Daniel Kraus
w rolach głównych: Austin Abrams, Josh Brolin, Elisabeth Shue, John Ortiz, Emily Rudd, Jane Levy
.
Przewód pokarmowy kaszalota to może faktycznie dość nietypowe miejsce na życiowe zmiany, o ile to życie ma jeszcze się dalej potoczyć. Pozornie tylko, bo w gruncie rzeczy mogłoby to być miejsce jak każde inne. Tam, gdzie człowiek znajduje się na skraju, bez wyjścia, o krok od śmierci. Wielki kaszalot w tym filmie nie polował na naszego bohatera. On go w ogóle nie interesowała. Interesowała go kałamarnica, a nurek zaplątał się… przypadkiem? Nie, chociaż kaszalot się nim nie interesował, nie był to jednak przypadek.

„Upadek wieloryba” od początku do końca jest opowieścią mocno metaforyczną. Jako taka nawiązuje do biblijnej historii Jonasza, który przez trzy dni i trzy noce w brzuchu wielkiego wieloryba (wielkiej ryby) dojrzewał do pewnych decyzji. Nawiązuje, ale nie do końca. Mnie przypomniał się także, a może nawet bardziej „Pinokio” Carlo Collodiego, gdzie połknięty przez Lewiatana drewniany chłopiec odnajduje w jego brzuchu swego ojca.
Czy tutaj jest inaczej? Historia chłopaka, który trafia do żołądka kaszalota jest przecież opowieścią o relacji z ojcem. O jego poszukiwaniu i o tym wszystkim, czego nie udało się zrobić i powiedzieć poza cielskiem olbrzymiego ssaka – gdy ojciec jeszcze żył. Opowieść szczególna, bowiem przecież chłopak nie nurkuje po nic innego – chce odnaleźć w oceanie ojca. I odnajduje go w najbardziej oryginalny sposób, jaki można sobie wyobrazić.
„Upadek wieloryba” czyli rozmowa z ojcem spod serca
Jest przecież taki moment, gdy kaszalot z ojcem zlewa się niemalże, staje się jednością. Moment, gdy to nie jest już ciało zwierzęcia, nie jego żołądek, nie jego krew i głos. Połknięty, prawie przeżuty, bliski zagłady bohater staje się tu metaforą synostwa, które chciał odrzucić, ale którego odrzucić się nie da. Bo relacje z ojcem nie były łatwe. „Wyjechałem, bo chciałem od ciebie uciec” – mówi uwięziony w wielorybie Pinokio. Okazuje się jednak, że taka ucieczka jest niemożliwa.

Josh Brolin w roli ojca twardego, stojącego twardo nie tyle na ziemi, co na morzu i przekonanego, że życie jest zbyt trudne, aby być emocjonalnym, jest świadom tego, co gotuje swemu synowi. „Nie będę ciebie godzien” – powiada przecież, trzymając w ręku niemowlę i powiada to nie kurtuazyjnym bełkotem, ale z przekonaniem i – co więcej – racją. Mówi to świadom, że wielokrotnie go skrzywdzi, a przynajmniej skrzywi, ale syn przetrwa, bo on go do tego przetrwania przygotuje. Syn dzięki temu powstanie z jego popiołów po śmierci ojca tak, jak powstał z jego ciała w chwili narodzin.
Urzekło mnie to wręcz z biologicznego punktu. Oto bowiem kaszalot jest tutaj symbolem nie mocarnego i groźnego drapieżnika, ale właśnie przeciwnie. Kaszalot połykający człowieka jest jak ojciec, jak opiekun. Jego ciało staje się więzieniem, w którym zaraz zabraknie powietrza, ale też przystanią.
„Upadek wieloryba” czyli śmierć wieloryba to życie
Pamiętajmy o tym, co mówią naukowcy i co sami pewnie wiemy – przetrwanie w żołądku wieloryba nie jest możliwe. Za dużo tam kwasów i innych substancji. To wykluczone. Owszem, mamy w historii nawet kilka osób, które znalazły się we wnętrzu wieloryba – choćby Michaela Packarda, którego humbak połknął w 2021 r. podczas łowienia homarów koło Cape Cod, albo kajakarza połkniętego także przez humbaka u brzegów Chile w lutym 2025 r. W obu przypadkach trafili oni do paszczy zwierzęcia pewnie równie zaskoczonego jak oni, które nabierało haust wody wraz ze swym przysmakiem – śledziami czy sardelami. Obaj od razu zostali wypluci, nie trafili do żołądka walenia.

Widziałem na sali kinowej ludzi podśmiechujących się, gdy widzieli człowieka w wielorybich trzewiach. Pewnie dlatego, że to przecież niemożliwe. Zaskoczyła mnie ta reakcja – naprawdę można w taki sposób oglądać filmy? Przecież to nie ma sensu.
Oczywiście, że to niemożliwe, ale nie w tym rzecz. „Upadek wieloryba” jest historią opowiedzianą nader jasno. Kaszalot nie został wybrany przypadkiem. Josh Brolin w roli ojca opowiada o wielorybach jako o żywicielach świata. Kiedy umiera wieloryb, powstaje cały nowy ekosystem, bezmiar nowego życia. Jego śmierć je zasiewa.
To chyba najpotężniejsza z metafor, jakie mamy w tym filmie, a wszystkie one sprowadzają się do relacji ojca i syna, relacji rodzinnych, ale w jakże zdumiewająco biologicznym ujęciu. Josh Brolin uczy syna szacunku wobec przyrody i jej mocy, bo ona równa się szacunkowi do własnego życia.
„Upadek wieloryba” jest więc życiem, a zarazem filmem robiącym duże wrażenie. Także z technicznego punktu widzenia. Nie mam na myśli samych ujęć polującego na kałamarnicę wieloryba (są świetne, przyznaję, aczkolwiek te wieloryby nie polują na głowonogi na takich płyciznach; potrafią po nie zanurkować na setki, a nawet 2-3 tysiące metrów) i ujęć wnętrza jego ciała, ale także dźwięk i energię tego filmu. To jednak, co urzekło mnie najbardziej, to takie symboliczne wykorzystanie największych zwierząt świata.
