Bolesław Prus widział wiele. Jako dziennikarz, kronikarz, obserwator, zanim jeszcze siadł do pisania swych powieści, dostrzegał bardzo dużo. Pewnie dlatego „Lalka” jest tak dobra. Pewnie tak trudno ją sfilmować ze wszystkimi jej wątkami i obserwacjami. Pewnie dlatego przeuroczy jest epizod z Bolesławem Prusem (gra go Tomasz Ziętek) w tej ekranizacji Macieja Kawalskiego. Bo to rodzaj należnego hołdu.
.
„Lalka”
reżyseria: Maciej Kawalski
scenariusz: Maciej Kawalski, Piotr Sobociński Jr
w rolach głównych: Marcin Dorociński, Kamila Urzędowska, Maria Dębska, Marek Kondrat, Andrzej Seweryn, Agata Kulesza, Maja Komorowska, Krystyna Janda, Borys Szyc, Mateusz Damięcki, Filip Pławiak, Jan Englert, Maciej Stuhr, Andrzej Chyra, Paweł Wilczak, Wojciech Mecwaldowski
.
„Lalka” uchodzi za najlepszą polską powieść wszech czasów. O „Lalce” mówi się z czcią, zdejmując cylinder czy melonik. Nie ma matury bez „Lalki”, nie ma polskiej kultury bez „Lalki”, nie ma opowieści o miłości bez Wokulskiego i Łęckiej, naszych Romeo i Julii. Nie ma wreszcie bez „Lalki” kina. To, że w tak krótkim czasie, niemal równocześnie możemy zobaczyć dwie – kinową Macieja Kawalskiego i serial Netflixa – nie tylko nie jest problemem, ale naszym błogosławieństwem. Durniem trzeba być, aby widzieć w sporach o „Lalkę” coś zdrożnego. Spierać się o kino i literaturę, pokłócić się nawet o nią – czy może być coś zdrowszego?

Netflix zrobił „Lalkę” nader nowoczesną, wariacyjną. Przeniósł ją w świat thrillera, kryminału niemalże. Wielu krzywi się na to, odżegnuje od tego, uważa za profanację i wielu gotowych jest odśpiewać zaraz w związku z tym jakąś „Rotę” czy hymn. Marek Kondrat nawet się krzywi. Mówi, że wyłączył. Że „Lalka” to książka wszech czasów, najlepsza, zatem to wystarczy. Rozumiem to i szanuję, bo też szanuję dzieło Bolesław Prusa. Ale rozumiem i szanuję to, że „Lalka” staje się żywa także w taki sposób, jak w Netflixie – nowa, oparta luźno, prowokacyjna, ale jednak odświeżająca.
Nie wiem, co na to powiedziałby Bolesław Prus, może Tomasza Ziętka trzeba zapytać. Nie sądzę jednak, by Prus przewracał się w grobie. Ja jako pisarz cieszyłbym się na to, co można zrobić z moją powieścią. Jak ogromne daje pole do popisu.
Także aktorskiego, bo wersja Macieja Kawalskiego sprawia właśnie takie wrażenie – jakby powstawała po to, by pozwolić naszym najlepszym aktorom, naszej śmietance i masełku, na popis. Na zagranie tego. Zupełnie jakby bez występu w „Lalce” nie było dobrej aktorskiej kariery.
„Lalka” niejedna już była czyli od Hasa do Lasa
Wszak „Lalek” już kilka powstało. Ta Wojciecha Hasa z 1968 r. z Mariuszem Dmochowskim jako Wokulski (a nie – jak zwykle – jako Sobieski) i Beatą Tyszkiewicz jako Łęcka, a także z Tadeuszem Kondratem (ojcem Marka) jako Szlangbaumem. Ta wreszcie z 1977 r., bodaj najbardziej znana, z Jerzym Kamasem jako Wokulskim i Małgorzatą Braunek, która wykreowała najbardziej irytującą Łęcką świata. Łęcką znienawidzoną przez Polskę, Łęcką godną memów i powiedzeń („masz szczęście, że nie trafiła ci się Izabela”). Tamta „Lalka” (co ciekawe, z Janem Englertem jako Mraczewskim) wyznaczała schemat i świętość, na którą nikt dotąd się nie zamachnął.
Aż tu nagle – dwie „Lalki” na raz.

Jedna – inna, prowokacyjna, szalona wręcz. Druga – klasyczna, wierna, z rozmachem, ale stylowa. Z ukłonem wobec Prusa i jego tekstu, nieodstępująca od niego ani na krok. Owszem, Maciej Kawalski pominął i usunął kilka wątków. Wyleciała Helena Stawska chociażby, którą Rzecki próbował wyswatać z Wokulskim, gdy widział, co się dzieje. Wyleciała nie bez konsekwencji, bo Rzecki stracił bez tego wątku moc sprawczą. Stał się jedynie obserwatorem, dość bezradnym obserwatorem, patrzącym jak ćma leci w płomień, a on niewiele może zrobić.
„Lalka” czyli stary subiekt nie rdzewieje
Nie jest to zarzut do Marka Kondrata, bo on zagrał takiego Rzeckiego, jaki został po okrojeniu historii. Zagrał świetnie, bardzo wiarygodnie, a jego powrót na ekran to bodaj największe wydarzenie filmu. Zagrał tak, jak Marek Kondrat zawsze grał, że szło się za nim i jego grą jak w dym. Jak za ekranowym przyjacielem, czy kelnerem był, czy nauczycielem co jakby ktoś dał mu w mordę, czy C.K. dezerterem, czy kimkolwiek.
Stary dobry subiekt. Stary dobry aktor.

Maciej Kawalski zgromadził na planie jednak nie tylko jego. Zgromadził chyba wszystkich. Sam złapałem się na tym, że w główce filmowej wypisuję rubryczkę „w rolach głównych” i nie wiem, kiedy przestać. Na kim skończyć.
To powoduje, że nie mogę się oprzeć wrażeniu, jakby film ten chciał być kwintesencją polskiego kina, tak jak „Lalka” jest kwintesencją polskiej literatury. Być wszystkim, zebrać wszystkich. Być zbiorową fotografią w strojach z epoki na tle historii wszech czasów. Tak niezwykle pojemnej, bo poza tym, że to thriller i kryminał (jak w Netflixie), to jest to także opowieść o ekonomii, o Polsce bez nazwy („ten biedny kraj”), o epoce, dostatku i biedzie (tu została ona pokazana z całą mocą, gdy Wokulski nie spaceruje jedynie po wspaniałej, pięknej Warszawie z XIX wieku, ale także po jej szlamie, brudzie i głodzie, po slamsach). Nade wszystko jest opowieścią o miłości, pragnieniu, o bezradności, jaka kroczy za odrzuconym albo zdławionym uczuciem.
„Lalka” czyli co pan na to, panie Prus?
Bo gdy zastanawiam się nad tym, dlaczego akurat „Lalka” jest polską powieścią wszech czasów, to nie przychodzi mi do głowy język i to, jak Prus ją napisał. Owszem, napisał dobrze i wartko, ale to nie jest słowo objawione i najwspanialsze zdania, jakie kiedykolwiek ktoś sklecił w języku polskim. Raczej przychodzi mi do głowy owa miłość uwikłana, spętana i skazana na szafot. Te wszystkie sceny kompromisów, rezygnacji i decyzji, z których każda jest porażająca. Zwłaszcza decyzji kobiet podejmowanych w dużej mierze za nie, ale nie tylko. Bo przecież i Wokulski jest bezradny i musi podejmować decyzje, których podejmować nie chce. Chociaż Prus go preferuje, staje po jego stronie, z niego czyni biednego i poniżonego zakochanego człowieka, a nie stalkera, a z Łęckiej – wredną i rozpieszczoną, a nie zagubioną i przypartą do muru, to jednak „Lalka” ma wiele odcieni i nie jest taka jednoznaczna. Nawet gdy sfilmuje się ją dosłownie, bez odstępstw od tekstu, to odcienie będą.

Weźmy Łęcką w wykonaniu Kamili Urzędowskiej. Łęcką zupełnie inną niż ta Małgorzaty Braunek, nie mówiąc już o Sandrze Drzymalskiej. Łęcką, która nie jest posadzoną na aksamitnej poduszce ceramiczną lalką o martwych oczach, ale kobietą, która pragnie, marzy, chce czegoś innego, a nade wszystko – nie wie. „Mnie nie wychowano do pieniędzy” – powiada Sandra Drzymalska w Netflixie. „Ja też chciałam iść za marzeniami i źle na tym wyszłam” – słyszy Kamila Urzędowska.
Każda z tych Łęckich nie różni się aż tak bardzo swoją sytuacją od Sułtanki, kupowanej przez Wokulskiego.
„Lalka” czyli nikt nie chce czerwonych dłoni Wokulskiego
Weźmy Wokulskiego w wykonaniu Marcina Dorocińskiego, który ma w swym dorobku kilka ról komediowych, ale jednak jako cierpiący wypada najlepiej. Tego Wokulskiego poznajemy od fundamentów, gdy – zgodnie ze słowami pani Meliton w sposób absolutnie fenomenalny zagraną przez Agatę Kuleszę (co za niesamowity pierwiastek komediowy wprowadziła ona do Prusa! Co za energia, bodaj największa obok świetnej Marii Dębskiej) – nawet nie wejdzie, nawet go nie wpuszczą, nawet nie porozmawiają. Bo jest klasę niżej, z tym sklepem, kubrakiem i odmrożonymi w Irkucku dłońmi.

Wydawać by się to mogło dzisiaj obce, te wszystkie klasowe konwenanse, ale gdy się wgryziemy mocniej, dociera wreszcie, że nic w tym obcego. Bariery, alienacje, odrzucenie nie stały się reliktem przeszłości.
Powiada Marcin Dorociński, że zna to uczucie, gdy człowiek próbuje się dostać tam, gdzie nikt go nie chce i nikt na niego nie czeka. Wyważyć drzwi, do których inni mają klucz. Przeskoczyć gorszy start, aspirować. „Lalka” jest o aspiracjach, ale gdy ją czytam i gdy ją oglądam, mam przed oczami dziesiątki dramatów przy wikłaniu się w coś, czego osiągnąć się nie może, albo czego się nie chce. Takich jak dramat Eweliny Janockiej (tu granej przez Marię Sobocińską tak, że trudno się aż uspokoić).
„Lalka” czyli najgorsza zbrodnia to zabić miłość
Tym bardziej się cieszę, że Maciej Kawalski oparł się tak mocno na prezesowej Zasławskiej, do której wynalazł Maję Komorowską. Niesamowite jest znów ją zobaczyć, tym bardziej w roli tak ważnej i tak udanej! Roli tej, która dokonała zbrodni największej – zabiła miłość. I skontrastowanej z Krystyną Jandą w roli hrabiny Joanny Karolowej. Prezesową Zasławską uważałem zawsze za postać kluczową dla „Lalki” i tutaj też taką jest.

Gry tak wielkich aktorów i aktorek jak Krystyna Janda czy Andrzej Seweryn (w roli Łęckiego) nie śmiem oceniać, chociaż nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż można by skorzystać z nich mocniej. Każda z tych postaci zasługiwałaby na pozycję prezesowej Zasławskiej, ale w tym tkwi właśnie sedno problemu. To pułapka „Lalki” i tekstu Prusa.
Mam wrażenie, że nie sposób go przenieść na ekran bez poważnych strat w sposób inny niż serial. Maciej Kawalski zrobił film prawie trzygodzinny, a i tak w tę pułapkę wpaść musiał. Zgromadzenie tak wielu legend polskiego kina na ekranie to gotowanie barszczu z całego kosza wspaniałych grzybów. Grozi jednak tym, że wielu z nich jedynie nam mignie, przemknie, przepadnie. Tak jak przepada Borys Szyc jako Krzeszowski wraz z Mają Ostaszewską jako jego żoną. Jak przepada Dawid Ogrodnik, Maciej Musiałowski, Paweł Wilczak, Maciej Stuhr i inni.
Podobnie z wątkami. Miałem wrażenie, że „Lalka” Macieja Kawalskiego pędzi co sił naprzód, galopuje wręcz jak Sułtanka, chce podać nam wszystko i wszystkich, aż do utraty tchu. I dopiero gdzieś od scen paryskich staje się filmem zupełnie innym, który z „Lalki” wyciąga więcej niż tylko przeniesienie opowieści na ekran.

„Lalka” czyli to powinna być historia steampunkowa
Zachwycony jestem tymi scenami paryskimi. Cała scenografia i kostiumy tego filmu, cała pokazana epoka to majstersztyk, jeden z najwspanialszych w dziejach polskiego kina. Paryż jednak ma w sobie pieprz. Ma to, co tak bardzo interesowało Bolesława Prusa, a co nader często pomijamy w tej opowieści – naukę, postęp, wiedzę. Przypominamy sobie o niej na koniec dopiero, gdy przychodzi rozstrzygnąć kres losów Wokulskiego i jedną z opcji jest pójście ku nauce, ku Ochockiemu i Geistowi. „To jedyna pani rywalka” – mówi tymczasem on o niej do Łęckiej, co czyni XIX-wieczną naukę jedną z głównych bohaterek „Lalki”.
Jesteśmy tego świadomi? Maciej Kawalski jest. Nie robi filmu jedynie o miłości i bezradności, ale także o tym. Zachował nawet tę cudowną fantasmagorię Prusa o metalu lżejszym od powietrza. Przyznam, że kocham te fragmenty „Lalki”, w których zafascynowany Ochocki opowiada o maszynach latających. W 1878 roku wyobrażał je sobie Prus jako zbudowane z lekkiego metalu, lżejszego od powietrza. Dzisiaj wiemy, że to nie jest konieczne, ale zachowanie tej sztuczki jest cudowne.

Podobnie jak i mina Wokulskiego, gdy wzbija się w niebo balonem. Każdy z nas leciał samolotem pewnie wiele razy, ale wyobrażenie sobie, jak podobna scena musiała podziałać na bohatera w 1878 roku, działa. Naprawdę działa.
Słowem, wspaniały jest ten cały steampunk ekranizacji „Lalki”. Może najwspanialszy. Aż wyobraziłem sobie „Lalkę” całą steampunkową. Gdyby tak…
Gdybym tak i ja potrafił się ustrzec pułapki, którą zastawił na nas wszystkich Bolesław Prus. Bo sami Państwo widzą, nie da się rozmawiać o niej krótko, pokazać ją krótko, przemknąć przez nią. Nie da się pominąć wątków i postaci, by było krócej. Nie bez wyraźnej szkody.
To dlatego „Lalka” jest powieścią wszech czasów.