Jestem świadom, że nie wszyscy popierali obsypanie nagrodami poprzedniego filmy Chloé Zhao, czyli „Nomadlandu”. W wypadku „Hamneta” jednak nie ma chyba wątpliwości. To czyste piękno, wspaniały i mocny film, który przeszywa człowieka na wskroś. Są w nim takie emocje i działa on tak mocno, że trudno po nim wstać z fotela. To jest kino, do stu diabłów!
„Hamnet”
reżyseria: Chloé Zhao
scenariusz: Chloé Zhao, Maggie O’Farrell
w rolach głównych: Jessie Buckley, Paul Mescal, Emily Watson, Jacob Jupe, Olivia Lynes, Joe Alwyn
Szekspira zazdrościłem Brytyjczykom zawsze. Kogoś, kto odcisnął tak wielkie piętno na całej światowej kulturze. Od kilkuset lat, niezmiennie, zupełnie jakby wszystko było Szekspirem, wszystko tkwiło w Szekspirze i wszystko stanowiło jego odbicie. Teraz zazdroszczę im jeszcze bardziej. Mieć taki film, w którym powstanie i drugie dno literackiego kanonu pokazano w taki sposób – to jak mieć perłę w koronie.

Był kiedyś taki film… za diabła nie potrafię sobie przypomnieć jego tytułu (może ktoś kojarzy?)… o brytyjskiej studentce uczącej się we Francji. Taka brunetka, pilna i zamknięta w sobie, typ kujonki. Podrywa ją pewien Francuz, ale nie idzie mu zbyt dobrze. Gdy próbuje coś powiedzieć, napisać, nie wiem, sklecić kilka słów choćby wierszem, ona natychmiast reaguje. Wręcza mu „Romeo i Julię”. Powiada:
– Nie wymyślaj nic własnego, bo wszystko jest tutaj. Chcesz mi mówić o miłości, naucz się kwestii z Szekspira na pamięć.
Zdaje się, że jakoś tak. A Francuz reaguje zdumieniem i śmiechem. Krzyczy, że to absurd, by wkuwać na pamięć jakiegoś Szekspira, aby poderwać jakąś babkę i odchodzi zdrowo wkurzony.

Ona jednak nie żartuje. Poza kwestiami z Szekspira nie ma na świecie co do miłości nic do dodania. A ja teraz zastanawiam się, czy w jakiejkolwiek innej kwestii jest. A co jeśli wszystko jest Szekspirem i jego teatrem? Znacznie bardziej niż tylko kilka cytatów, którymi posługujemy się na co dzień? Dużo bardziej niż reszta, która jest milczeniem czy państwo duńskie, w którym źle się dziej albo silniej niż drżenie z mojego ulubionego cytatu: „Wszystko stracone i na nic wszystko, gdy drżymy o skutek, któryśmy odnieśli”.
(która to sztuka?)
„Hamnet” czyli Szekspir to także ojciec
„Hamnet” w wykonaniu Chloé Zoe na pozór jest opowieścią o uniwersalności Szekspira i jego dzieł, zwłaszcza „Hamleta”, z którym Hamnet jest tożsamy. To w zasadzie to samo imię w dwóch różnych wersjach. Imię – owszem, ale jednak Hamnet nie jest tożsamy z Hamletem. W wypadku tego filmu i tego przedstawienia mamy do czynienia z rodzajem odwrócenia ról, warto na to zwrócić uwagę.
Zresztą w przypadku tego filmu niemal wszystko zyskuje drugie życie, nowe znaczenie. Jest tu wiele przejmujących scen, które wkomponowują widza w fotel, ale ogromną moc ma słynny hamletowski monolog z „Być albo nie być”, ale tym razem wypowiedziany przez samego Szekspira. Nie Szekspira twórcę, Szekspira autora czy Szekspira literata, ale Szekspira ojca. Zbolałego, zdemolowanego ojca, który nie tyle pisze tragedię, ale on tę tragedię przeżywa. „Tragedię Hamleta”, na którą zaprasza mieszkańców, aby mogli przeżyć ją wraz z nim. I wraz z nim się oczyścić.

„Hamnet” czyli teatr to błahostka, to banialuka
Bo przecież „Hamnet” to wielkie catharsis. Nie metaforyczne, nie dalekie i dorozumiane, ale powiedziałbym, że takie namacalne, prawdziwe i żywe catharsis. Takie na wyciągnięcie ręki, nomen omen. Nie przypominam sobie, abym w podobnym catharsis kiedykolwiek uczestniczył, czy to w życiu, czy w filmie. Nie przypominam sobie, aby tak zeszło ze mnie napięcie i tak wszystko pękło, jak w tym wypadku – podobnie jak w wypadku Agnes, która bierze udział w premierze „Hamleta” swego męża, ale bierze udział bez przekonania, z protestem, z niezgodą. Bierze udział jako ta, która w teatrze, sztuce, przedstawieniu widzi banialukę i coś nieprawdziwego o czym sama mówi, że jest mirażem i ucieczką w świat wyobraźni, podczas gdy obok przecież dzieje się coś straszliwie prawdziwego, tragicznie dosłownego. Agnes jest tu postacią, która nie tyle nie wierzy w teatr, co w ogóle go nie uznaje. Teatr jest błahostką, którą zajmuje się jej mąż i przez którą go nie ma, nawet wtedy gdy umiera jego syn. Jakże taka osoba miałaby przeżyć w teatrze catharsis? Jakże ja miałbym je przeżyć, gdy zostałem przez Chloé Zoe zaatakowany taką dawkę emocji, łez, krzywdy, tragedii i bólu? Co miałoby to przyćmić? Jakieś przedstawienie jakiegoś „Hamleta”?
Powiedziałem, że zazdroszczą Brytyjczykom samego Szekspira, ale i pokazania jego twórczości w takim kontekście. Oryginalny „Hamlet” powstał między 1599 a 1601 rokiem, jak uważają literaturoznawcy, a okoliczności jego powstania nie są znane. Półmityczna sztuka półmitycznego twórcy sprzed setek lat nagle w tym ujęciu stają się czystą prawdą. Dosłowną, bolesną i oczyszczającą prawdą, a „Tragedia Hamleta” jest tragedią Hamleta rzeczywiście, tragedią dziecka, jego matki i ojca. Tego ojca, który niczym lekkoduch zajmuje się trupami teatralnymi, występami i powtarzaniem kwestii zamiast trwać przy cierpiącym dziecku, którego zabija gorączka.

„Hamnet” czyli mąż literat, mąż lekkoduch
Nie dziwię się Agnes, że reaguje nerwowo na brak partnera wtedy, gdy do tragedii dochodzi. Nie dziwię się, że – jak sama mówi – nie chce brać udziału w farsie, którą wydaje się jej teatr, przedstawienie i aktorzy, zwłaszcza gdy w trakcie przedstawienia pada imię jej zmarłego dziecka. Powtarzane wciąż i wciąż niczym profanacja. Tak, to wygląda na profanację. Tak, wygląda to tak, jakby jej mąż – literat i lekkoduch – chciał jeszcze dolać oliwy do tragicznego ognia, pogorszyć sprawę.
Ona przeżywa wszak tragedię i ma do niej prawo. On jednak też, tyle że inaczej. Ona jest bezbronna niemalże, oszalała z bólu i rozpaczy. Ona ma zaś oręż – jest nim słowo. Odpowiednie, staranne, właściwie słowo rzucone ze sceny tak jak trzeba i tam gdzie trzeba. Do głowy by mi nie przyszło, że słowo może mieć takie znaczenie jak tu, że Szekspir może mieć taki kontekst i że Hamlet może nabrać takich oczyszczających barw. Pod tym względem to wystrzał emocji, jakich się nie spodziewałem. To czyste, tragiczne piękno filmu i literatury, słowa i obrazu (te zdjęcia polskiego twórcy Łukasza Żaka oraz kostiumy Małgosi Turzańskiej). Pod tym względem ostatni fragment filmu to jakiś cholerny majstersztyk.
Cały czas mam przed sobą ten zamknięty, drewniany teatr i tę scenę, słyszę padające kwestie, widzę twarz nie tylko aktorów, ale przede wszystkim ściśniętych emocjonalnie widzów. Nigdy nie zobaczymy chyba wspanialszego przedstawienia „Hamleta”.

Zwróćmy uwagę na to, że Szekspir grany przez Paula Mescala nie zdradza przez długi czas ani nam, ani swej rodzinie czym naprawdę się zajmuje. Wyjazdy do Londynu, trupa, teatr, sztuki – nic to nie mówi przez długi czas ani Agnes, ani nikomu. Zupełnie jakby Szekspir wyjeżdżał do pracy jak każda inna, jakby jechał szyć buty, strzyc owce, budować mosty. I dopiero wtedy, gdy pojawia się „Hamlet” zaczynamy rozumieć. Dopiero wtedy praca staje się tym, czym jest – sztuką. A sztuka staje się ratunkiem.
„Hamnet” czyli ten delikatny grymas ulgi
Miałem podobną twarz jak Agnes, która wyciąga ręce do aktorów. Twarz, na której maluje się poczucie zrozumienia, także ulgi wynikającej z catharsis. Takiej ulgi, która jest jak powiew wiatru, początkiem zupełnie nowego rozdziału. Niesłychane wręcz, jakim ten fragment „Hamneta” jest wielkim triumfem filmu i literatury, wspartych muzyką Maxa Richtera.
Mina Agnes jest tu niezapomniana. Jessie Buckley, która zagrała ją w wielu odsłonach, zagrała nam ją od A do Z, nadaje jej na koniec subtelnym uśmiechem, delikatnym grymasem dodatkowego wymiaru i znaczenia. Po tych wszystkich przeżyciach, krzykach, cierpieniach, masie krwi i potu (walka o córkę chociażby), przychodzi ten grymas, ledwo dostrzegalny uśmiech, za którym kryje się ulga. Niesamowite to jest i nie za bardzo wyobrażam sobie, aby ktoś mógł tę kreację przyćmić podczas ceremonii oscarowej.
To trudny film, wymagający i cierpliwy, bo trzeba w jego wypadku wytrwać aż do finału, do tego catharsis i ulgi, którą nieść może tylko sztuka. Sztuka tego formatu jak Szekspir i jak „Hamnet”.
PS
Ten Francuz odszedł wkurzony, ale Szekspira na blachę wykuł. I gdy przyszło co do czego, wyrecytował go jej na stacji metra, gdy już miała wyjeżdżać.
Radosław Nawrot
