NAPISZ DO MNIE!
Kino

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” czyli tak bardzo dawno, w tak odległej galaktyce

Nie potrafię sobie dzisiaj wyobrazić świata sprzed „Gwiezdnych wojen” i nastania tego uniwersum, gdy nasza i filmowa wyobraźnia okazały się nie mieć granic. W praktyce oznacza to pół wieku tworzenia światów przenikających się nawzajem, pełnych nawiązań i kodów. O „Mandalorianie i Grogu” tak wielu pisze, że to znowu nie to. Cóż, ten film ma masę wad, ale przypomniał mi o tym, czym jest to może najwspanialsze uniwersum świata kina.

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” (The Mandalorian and Grogu)

reżyseria: Jon Favreau
scenariusz: Jon Favreau, Dave Filoni
w rolach głównych: Pedro Pascal, Sigourney Weaver, Jeremy Allen White, Steve Blum, Jonny Coyne


Uświadomiłem sobie, że „Gwiezdne wojny” to całe moje życie. Nie pamiętam świata bez nich. Pamiętam za to jak czekałem na to, aż wejdą na ekrany naszych kin z dwuletnim opóźnieniem względem Zachodu. Jak kształtowały moją wyobraźnię i pozwoliły uciec z realnego świata, bo przecież do tego służy kino. Kiedy więc obejrzałem „Mandaloriana i Grogu” doszedłem do wniosku, że wspaniale, że to uniwersum jest, trwa i rozrasta się.

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu”

Mógłbym na „Gwiezdne wojny” ponarzekać bez trudu. Wszystko bowiem co teraz powstaje w ich ramach w stajni Disneya siłą rzeczy musi być gorsze od epizodów IV – VI, które po kilkanaście razy oglądałem w dzieciństwie. Choćby dlatego, że mnie już tak nie ukształtuje jak one. Jestem już ukształtowany, moja wyobraźnia została ukształtowana.

Przecież „Gwiezdne wojny” zmieniły świat, zmieniły także kino. George Lucas oskarżany przez twórców Zoetrope z lat siedemdziesiątych o zdradę ideałów i macdonaldyzację kina, gdy tylko wypuścił w 1977 roku „Nową nadzieję”, w rzeczywistości tę nową nadzieję w kino tchnął. Pokazał, że ono nie ma kresu i ograniczeń. Że pod tym względem przypomina Wszechświat i każdy film to dzieło z „dawno, dawno temu w odległej galaktyce”.

To dość istotne w kontekście tego jak mam traktować obecne „Gwiezdne wojny” i całe uniwersum. Tak wielkie, że jako wielki miłośnik tego świata, już go nie ogarniam. Mój siostrzeniec, fan i większy znawca „Gwiezdnych wojen” ode mnie powiada: „Wujek, bez znajomości całości sporo tracisz, gdy oglądasz w kinie takiego Mandaloriana i Grogu. Trzeba znać całość, trzeba znać Wojny Klonów.”

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu”

Trzeba, bo jest tam masa odniesień, a wiele postaci zostaje w „Mandalorianie i Grogu” rozwiniętych właśnie na bazie istniejącego uniwersum – choćby Rotta the Hutt albo Łowca Embo z kosmicznym wilkiem i wiele innych. Jeśli się o tym nie wie, nie sposób odczytać filmu. Łatwo wtedy bredzić w recenzjach jakim złomem jest ten film.

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” czyli to naprawdę znowu nie to?

Nie jest to trudne i łatwo trafia do sceptycznego odbiorcy (sam taki sceptyczny jestem jako wychowany na „Gwiezdnych wojnach” lat osiemdziesiątych). Łatwo także dlatego, że ten film ma masę wad. Niektóre są wręcz porażające.

Żeby nie być gołosłownym – wszystkiego bym się w „Gwiezdnych wojnach” spodziewał, ale nie… dłużyzn. A tutaj one są. Całe sekwencje z bagiennej planety Nal Hutta, ojczyzny Huttów, są taką dłużyzną, a wiele scen jest zbędnych. Niektóre sprawiają wrażenie zrobionych na „odczep się”, chociażby scena pierwszej wizyty Mandaloriana na Nal Hutta, w celu odebrania zlecenia. Co to w ogóle miało być? „Dzień dobry, dzień dobry. Ja po zlecenie. Dobra, załatwione” – litości…

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu”

Zostawiam na boku to, że jestem wychowany na Jabbie the Hutt – najpotężniejszym i najokrutniejszym gangsterze kosmicznego świata. Wielkim (dosłownie także) i obleśnym, który wielkością, obleśnością i przede wszystkim typową dla gangsterów wrednością i okrutną mściwością robił wrażenie. Tak postrzegałem Huttów, o których od IV epizodu mówiło się, że są straszni i wszyscy się ich boją. Byli rodzajem opowieści i mitu działających mocno na wyobraźnię (stąd wprowadzona przez Lucasa scena spotkania Hana Solo z Jabbą przy statku w „Nowej nadziei” to cholerny absurd, który wszystko to marnuje). Po czym pojawia się Jabba w „Powrocie Jedi” i… niczego nie psuje. Wrażenie i lęk zostają podtrzymane, a on spełnia paskudne oczekiwania. To jest świetne!

A tutaj Huttowie są inni. Nie tylko Rotta, który chce być z rozdania z innej talii kart, inny niż reszta gangsterskiego rodu, inny niż ojciec (czyli Jabba). Jest archetypicznym wzorem syna buntującego się przeciw ojcu, by mu nie ciążył i by mógł żyć swoim życiem. Syna, którego ojciec swym ojcostwem rozczarował i który ucieka w świat dający mu wolność, cokolwiek by to było – choćby siłka, mięśnie, walki, podziw tłumu. Także inni Huttowie nie są już jak Jabba. Owszem, to wciąż otyłe i nieruchawe robale, rozleniwione władzą, bogactwem i przemocą, roztaczanym wokół strachem. Nie tylko jednak ta przytoczona scena wizyty Mandaloriana świadczy o tym, że przybycie do ich pałacu nie jest już wyzwaniem jak w „Powrocie Jedi”, gdzie nawet C3PO trzęsie się na samą myśl o takiej wizycie.

To wszak wizyta u strasznego gangusa.

Mój siostrzeniec powiada: „Wujek, ale to właśnie dobrze, że nie wrzucamy wszystkich do jednego wora i nie jedziemy stereotypami. Nawet w gangsterskim świecie Huttów mamy różne postacie”. I poświęcił czas na to, by przekonać mnie, rozczarowanego takim pokazaniem Huttów, że to nie jest zły pomysł.

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu”

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” rozwijają wiele postaci uniwersum

Podobnie jak wiele innych, chociażby Grogu, który przestał być jedynie zabaweczką, maskotką, rozczulającym tłem, które nawet nie porusza się swobodnie bez wózeczka. Tutaj się porusza i ma istotną rolę do odegrania. Przydługą nieco, ale ma. Nareszcie.

„Mandalorian i Grogu” rozwija wiele postaci znanych z seriali i innych filmów uniwersum, choćby łowcę nagród Embo, któremu towarzyszy wilkopodobna anooba wabiąca się Keibu. Rozwija Bliźniaków Hutt i wiele stworów, bo uważny widz zauważy, że na arenę gladiatorów na księżycu Shakari wypuszcza się niebezpieczne bestie znane chociażby z epizodów IV – VI. Skąd? Z gry w dejarika, czyli holoszachy.

To rzeczywiście ciekawe, warte zauważenia nawiązania, czyniące z „Gwiezdnych wojen” i tego „Mandaloriana i Grogu” pewien kod. Dzieło Jona Favreau jest także rodzajem sentymentalnego filmu, w którym fan serii się łatwo odnajdzie. Mamy szturmowców, są X-wingi, mamy pałac Huttów i studnię straceń, która jest niemal żywcem skopiowana z „Powrotu Jedi”, jedynie miejsce rancora zajmują inne stworzenia. Sąi oczywiście AT-AT, bez których żaden film gwiezdnowojenny nie może się obyć. Te wielkie kroczące maszyny widzieliśmy już w śniegach Hoth w „Imperium kontratakuje”, potem na plażach „Łotra 1” i w wielu innych miejscach. Teraz są na górskich przełęczach – jak zwykle efektowne, ale chyba (nie wierzę, że to mówię)… za dużo ich już wszędzie. W każdym razie tu zacząłem się zastanawiać, na czym polegać ma w zasadzie ich sens użycia, skoro tak łatwo je zniszczyć pojedynczemu śmiałkowi.

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu”

No nieważne. Ich obecność to też część łączności światów pokoleń fanów „Gwiezdnych wojen”. To jak odcisk palca, jak zostawiony szyfr i coś co pozwala być w uniwersum ludziom w różnym wieku.

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” czyli tęskniłem za czymś nie tak ziemskim

„Mandalorian i Grogu” ma sporo takich zaułków. Ma także to, czego mi w wielu serialach „Gwiezdnych wojen” bardzo brakowało. Weźmy chociażby „Andora” – świetnie się go ogląda, ale to film taki… ziemski. Tęskniłem i tęsknię za „Gwiezdnymi wojennymi”, które są… gwiezdne. Pełnymi planet, potworów, statków kosmicznych, walk. Słowem: pełnymi wyobraźni. I w tej materii dzieło Jona Favreau oczekiwania spełnia.

Mimo tych wszystkich wad, które ma i które sprawiają wrażenie, jakby ktoś ten film i jego scenariusz napisał na kolanie. Tyle tu postaci niedorobionych i porzuconych, tyle niedociągniętych wątków. Choćby Lord Janu, choćby wędkujący na bagnach Gatori, nawet sam pilot Zeb Orrelios. Tak, wiem że to postacie znane z innych filmów i książek, tutaj jedynie zaznaczone, ale ich wizyta na ekranie staje się kuriozalna. Jeżeli już są, powinni odegrać istotniejszą rolę.

„Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu”

Dużo chciał upchać Jon Favreau historyjek, dużo zdarzeń, postaci stworów. Może za dużo. Tym bardziej dziwią te dłużyzny. Niemniej ten film broni się kursem, który obrał na klasykę „Gwiezdnych wojen”, dzięki czemu przypominają nam, że to nie jest opowieść z ulicy obok, ale z odległej galaktyki. Uniwersalna, ale jednak nieziemska.

W tym sensie „Mandalorian i Grogu” stanowi kubeł smakowitych przekąsek dla każdego miłośnika serii. Po jego obejrzeniu czuje się, że można być poza światem „Gwiezdnych wojen” i nie interesować się nim. Tylko po co?

Radosław Nawrot

Privacy Settings
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy
Youtube
Consent to display content from - Youtube
Vimeo
Consent to display content from - Vimeo
Google Maps
Consent to display content from - Google
Spotify
Consent to display content from - Spotify
Sound Cloud
Consent to display content from - Sound