To nie jest nowy temat. Powiedziałbym że wręcz jest on dość mocno zgrany. Tym bardziej interesujące jest to ujęcie, które opiera się na doskonałej grze aktorskiej. Nie tylko doświadczonego Stellana Skarsgaarda, ale i dwóch norweskich młodych aktorek w roli sióstr. Wydawać by się mogło, że niewidzialnych, niezagojonych ran nie da się wyleczyć w obliczu milczenia. „Wartość sentymentalna” pokazuje, że nie zawsze rozmowa jest rozwiązaniem.
„Wartość sentymentalna” (Affeksjonsverdi)
reżyseria: Joachim Trier
scenariusz: Joachim Trier, Eskil Vogt
w rolach głównych: Stellan Skargsgaard, Renate Reinsve, Inga Ibsdotter Lilleaas, Elle Fanning, Anders Danielsemn Lie
To pewien paradoks, gdyż przywykliśmy do tego, że ból i traumy wypadałoby z siebie wyrzucić, przegadać, poddać jakiejś terapii. W „Wartości sentymentalnej” ta terapia nie opiera się na słowach, na ich wyrzuceniu, wypowiedzeniu, na uwolnieniu się w taki sposób. Tu raczej się milczy, a jednak wszystko jest jasne.

– Nie było go przy tym. Skąd o tym wie? – zastanawiają się nad swym ojcem dwie siostry, znakomicie zagrane przez norweskie aktorki Renate Reinsve i Ingę Ibsdotter Lilleaas. Skąd wie o rzeczach, które następnie umieszcza w scenariuszu swego nowego filmu, kręconego po latach przerwy w długiej i okraszonej nagrodami karierze filmowca. Filmu – jak powiadają ludzie – najbardziej osobistego, jaki stworzył czy też chciał stworzyć.
Najbardziej osobistego, bo napisanego dla córki. Stellan Skarsgaard w roli ojca i sławnego reżysera nie kryje tego, że cały ten scenariusz, cała ta historia powstała dla niej. To nawet nie są przeprosiny, to nie jest też powrót do córek po latach (bo to niemożliwe, nie cofnie straconych lat, gdy go nie było), ale to jest jakieś wyjaśnienie. Stellan Skarsgaard opuścił dom jako artysta, zniknął jako ojciec. Bynajmniej tego nie żałuje czy też raczej jest świadom, że inaczej być nie mogło. Przecież często mówi o artystycznej wolności, która jest niezbędna, by stworzyć coś doniosłego. Nie da się tego stworzyć między dziecięcymi zabawkami a żoną, między obiadem a czytaniem bajek. To brutalne, ale mam wrażenie, że ten człowiek uciekł, by być wolnym.
„Wartość sentymentalna” czyli gdy wyjście na scenę to problem
Córki zostały, wraz z nimi zostały bardzo głębokie rany, które zadała ta nieobecność, ta pustka. Jest w niej i niechęć, i rezygnacja, ale wciąż jednak gniew, który świadczy o ogromnych deficytach relacji z ojcem. „Skąd wiesz, przecież w ogóle nas nie znasz?!” – kiedy mówi to Nora, mówi przecież z gniewem. Za to, że ojca nie było, że ona to przeżyła, że nie potrafi ułożyć sobie życia z nikim, a każde jej wyjście na deski teatru, gdzie pracuje jako aktorka, trwa wieczność (przejmujące te pierwsze sceny związane z jej paraliżem).
– Ty poukładałaś sobie jakoś życie, a ja spieprzyłam – mówi do siostry, chociaż można mieć wątpliwości, czy ona rzeczywiście je sobie poukładała. Może tylko nie wszystko widzimy.

Skąd ojciec wiedział? – zastanawiają się siostry, gdy w końcu są w stanie przeczytać ten scenariusz. Jakim cudem zawarł tu to, czego nie był świadkiem, a co było ich udziałem i co je dotknęło? Wygląda to tak, jakby jednak był obecny, jakby obserwował je gdzieś z oddali, domyślał się. A może to pewna powtarzalność wzorców zachowań stanowi o ich przewidywalności. Nie bez kozery tłem „Wartości sentymentalnej” jest dom, który stanowić ma także scenografię kręconego tu filmu. Dom jako niemy obserwator, który widzi te pokoleniowe kopie i schematy ważące na życiu kolejnych ludzi.
„Wartość sentymentalna” czyli nawet gwiazda nie wie, jak to zagrać
W zasadzie nie wiemy wiele o tym ojcu i jego wczesnych relacjach z córką, poza tym że odszedł i że go nie było. Szczegółów jednak nie ma, podobnie jak nie ma wrzasków i awantur. Niezwykły jest ten postraumatyczny spokój, niemal milczenie, które przykrywa wszystko, co się stało. To norweski film, a Norwegowie nie są zbyt wylewni, a może świetnie zdają sobie sprawę z tego, że mimo powtarzalności wzorców zachowań emocje są jednak sprawą mocno indywidualną i niezrozumiałą dla innych.

Tu bowiem wkracza na białym koniu świetna w tym filmie Elle Fanning w roli hollywoodzkiej gwiazdy, która zagrać ma rolę córki napisaną nie dla niej. Ma zagrać, ale to nie takie proste. Sama mówi, że nie potrafi i że nie rozumie emocji tej kobiety. Nie rozumie tego, co w scenariuszu napisał ojciec. A my mamy wrażenie, że zrozumieć nie może tak długo, jak nie będzie nią.
Elle Fanning jest tu świetna właśnie dlatego, że jest tak kapitalnie obca. I że to tak bardzo widać. Próbuje zagrać prawdziwe relacje i prawdziwe problemy, ale to wygląda zupełnie tak, jakby zagrać się ich nie dało. Niemożliwe, ściana, poza kinem i poza teatrem. Ten wątek nadaje całości sznytu niezwykłej autentyczności, którą podbija ta niema bezczelność ojca. Używam słowa bezczelność, bo tak wygląda się jego pojawienie u córek ze scenariuszem na temat ich życia. Nieco pozmienianym, ale jednak wyraźnie o nich. Po tylu latach, po tylu dawkach bólu i rozłąki kobiety dostają scenariusz. Jednakże Stellan Skarsgaard gra tu człowieka, który nic więcej dać im nie może. W zasadzie to mało powiedziane, taki scenariusz i taki film to jednak wiele, o czym świadczą te ostatnie sceny filmu, oparte znów na milczeniu i spojrzeniach.
Cała „Wartość sentymentalna” to spojrzenia, rozbiegany albo wiele mówiący wzrok, cisza kotłujących się emocji i brak wyjaśnień innych niż to, co na kartach scenariusza. Ojciec reżyser mówi nim, że nie było go, ale wszystko czuje i wszystko rozumie. Szuka kontaktu wbrew wszystkiemu co się wydarzyło, a jeszcze bardziej wbrew wszystkiemu, co się nie wydarzyło. Szuka z uwagi na rażące podobieństwa między nim a córką Norą, która – jak mówi – spieprzyła sobie życie. Czy to wystarcza?

„Wartość sentymentalna” czyli dom mi świadkiem
Naprawa relacji w tej rodzinie poprzez rozmowę jest w zasadzie niemożliwa. Przecież sama Nora mówi do ojca: „Nie potrafię z tobą rozmawiać. Nie wiem jak”. Umówić się na szczere pogaduchy to tutaj droga donikąd, skończy się wyjściem z kawiarni zanim jeszcze kelnerka przyniesie zamówiono kawę. Ale naprawa poprzez sztukę, poprzez kino… W sytuacji, gdy Nora jako aktorka powiada, że lubi wejść w emocje innej osoby, lubi nie być sobą… To ma sens, zwłaszcza gdy owa inne osoba z innymi emocjami to tak naprawdę ona. Ona tylko, że odegrana, nawet jeśli przez nią samą. Ona wraz ze swoją matką, babką, z całym tym bagażem międzypokoleniowych traum i dramatów. Przyznam, że to mocno skandynawskie podejście. Aż zaleciało Bergmanem.
Wygląda to tak, jakby sztuka była bardziej wyrazista niż życie, a zagrane sceny – bardziej doniosłe niż prawdziwe. Niby wymyślone, ale z życia wzięte, zatem w swym głębokim sensie prawdziwe. I może to jest nowa koncepcja sztuki.
Radosław Nawrot