Wiedziałem, że gdy Andy Serkis zabierze się za film, to nie będzie on banalny. Jednakże… panie Serkis, bój się pan Boga! To jest naprawdę oranie umysłu. Tutaj naprawdę serce chce pęknąć
„Mowgli: Legenda dżungli” (Mowgli: Legend of the Jungle)
reżyseria: Andy Serkis scenariusz: Kallie Cloves w rolach głównych: Rohan Chand, Benedict Cumberbatch, Christian Bale, Andy Serkis, Cate Blanchett, Matthew Rhys, Louis Ashbourne Serkis w polskiej wersji językowej: Karol Kwiatkowski. Robert Jarociński, Zbigniew Zamachowski, Jarosław Boberek, Agata Kulesza, Waldemar Barwiński, Borys Wiciński
Przestrzegam Państwa…
To naprawdę nie jest łatwy film. Żebyśmy mieli jasność, „Księga dżungli” w ogóle nie jest łatwa. Już na formalnym poziomie to trudna literatura. Dzieło Rudyarda Kiplinga – urodzonego w Bombaju brytyjskiego pisarza i podróżnika, który zjechał pół świata – to w zasadzie zbiór opowiadań, na dodatek nieułożonych chronologicznie. Historię wychowanego przez indyjskie wilki chłopca Mowgliego, na którego dybie nienawidzący ludzi tygrys bengalski Shere-khan, poznajemy w kawałkach, w dość chaotycznej kolejności. Jakby tego było mało, obie części „Księgi dżungli” autor upstrzył opowiadaniami z zupełnie innej bajki, jak choćby cudowna opowieść o manguście Rikki-Tikki-Tavim czy opowiadania o fokach polarnych.
Nie jest także łatwa, gdyż, przypominając pozornie baśń w stylu Ezopa, w gruncie rzeczy stanowi dość czytelną przypowieść o relacjach między ludźmi a przyrodą, wreszcie samymi ludźmi. Kiplingowi zarzucano bowiem, że jako zwolennik imperializmu i brytyjskiego zwierzchnictwa nad Indiami zakamuflował w ataku małpiego gangu Bandar-log indyjskie zrywy niepodległościowe.
Słowem: da się „Księgę dżungli” czytać na różne sposoby. I dzieje się to od dawna.
Animowana wersja Disneya z 1967 roku była interpretacją pogodną i baśniową. Nie było tu krwi, dramatu, śmierci. Nawet krwiożerczy Shere-khan wyglądał na sympatycznego tygryska, przypominającego raczej opowieści o Kubusiu Puchatku.
„Księga dżungli”, czyli Shere-khan nie bez racji
W kinowej wersji z 2016 roku wytwórnia Walta Disneya poszła w inną stronę. W odróżnieniu od swej klasycznej baśni „Król Lew” z 1994 roku nie stworzyła wersji odpowiadającej pierwowzorowi 1:1. W wypadku najnowszej „Księgi dżungli” nakręconej przez Disneya doszło do całkiem dużej wariacji, tak w stosunku do animowanego dzieła sprzed półwiecza, jak i książki.
Disney w 2016 roku nakręcił „Księgę dżungli” moralnego niepokoju, w której Shere-khan nadal jest pasiastym ludobójcą, ale już nie tak oczywistym łamaczem leśnej konstytucji. Przeciwnie, wydaje się on strażnikiem owego prawda. Pakując kij w szprychy, wzywa zwierzęta do otrzeźwienia. – To nie ja jestem waszym wrogiem. Wrogiem jest człowiek. To on zawsze będzie stanowił zagrożenie dla lasu, zwierząt, przyrody – wołał.
Strzeż się człowieka! – jakże bieżąco to brzmi. Las przytulający ludzkie szczenię, zwierzęta przyjmujące człowieka do siebie popełniają straszny błąd, tak przynajmniej uważa Shere-khan. Człowiek bowiem nie jest i nie będzie częścią naturalnego porządku, przeciwnie – jest jego zaprzeczeniem. To przyrodniczy bękart, którego trzeba się pozbyć. Tygrys powiada: – Zabijmy człowieka póki mały i nie pokazał w pełni swego obrzydliwego oblicza. Stłummy ogień w zarodku.
Czy nie ma choć trochę racji?
Shere-khan rzucający argumentami wartymi chociaż zastanowienia się to ważny element tej „Księgi dżungli”. Oto leśny lud posługuje się odwiecznym prawem, które w książce sformułowane jest tak:
„Pij do syta, lecz w miarę. Kąp się codziennie od kity do głowy. A pomnij, że dzień jest do spania, a noc przeznaczona na łowy. Niechaj szakal się łasi tygrysom! Lecz ty gdy wyrośniesz, o szczenię, Pamiętaj, że wilk jest łowcą – i sam ma zdobywać jedzenie.
Poluj dla siebie, dla szczeniąt, dla druhów. Krew taka nie brudzi! Lecz bez potrzeby nie poluj! Po siedmiokroć wara polować na ludzi! Gdy porwiesz zdobycz słabszemu, nie pożrej wszystkiego w próżności. Nędzarz jest w Prawa opiece – więc zostaw mu skórę i kości!
Szczenię nim rok ukończy powinno się suto odżywiać. Gdy jadła od kogo zażąda, nie wolno się jemu sprzeciwiać. Wilczyca ma prawo do leża. Gdy samcom powiodą się łowy, wolno jej żądać dziesięcin dla wilcząt i nigdy nie dozna odmowy!”
Kodeks, konstytucja, ustawa zasadnicza. Kto jej nie przestrzega, nie jest w dżungli zwycięskim politykiem. Tutaj kto łamie prawo, ginie. Leśne prawo jest bowiem strażnikiem naturalnego porządku i tarczą.
Disney to jedno, Andy Serkis – drugie
Disneyowska „Księga dżungli” trafiła do kin, a niemal równolegle prace nad swoim filmem prowadził Andy Serkis – świetny aktor i reżyser, bodaj najlepszy w dziejach kina odtwórca ról zwierzęcych. To on wcielił się w King-Konga u Petera Jacksona, on również zagrał szympansa Cezara w najnowszych filmach o „Planecie małp”. Był też Gollumem we „Władcy pierścieni” czy też Snokiem w nowych „Gwiezdnych wojnach”. Skoro teraz zrobił film o dżungli, musiał zagrać któreś ze zwierząt. Jak Państwo myślicie, które do niego pasuje? Odpowiedź za chwilę.
„Mowgli: Legenda dżungli” to jego wersja opowiadań Rudyarda Kiplinga. Osadzona na książce nawet bardziej niż ta wersja Disneyowska i w zasadzie wierniej oddająca zapis pisarza, a jednak mocno autorska. – Chociaż opowieść umieszczona jest w konkretnym czasie i kulturze – w Indiach w czasach Imperium Brytyjskiego, jej uniwersalne przesłanie rozbrzmiewa także dziś – mówił o książce Andy Serkis.
Jego film miał trafić do kin, ale zanim do tego doszło, zgłosił się do niego Netflix zachwycony tą produkcją. Zaproponował swoją platformę. Andy Serkis mówi, że dzięki temu dotarł do odbiorców w 190 krajach i na Netflixie można go obejrzeć. Warto, ale aby to zrobić, trzeba być przygotowanym. Na ogromne emocje.
Andy Serkis tak widział jądro „Księgi dżungli”: – W centrum mamy więc małego chłopca, zakleszczonego między dwoma światami; chłopca, który próbuje odkryć swoje miejsce na Ziemi. To składa się na bardzo skomplikowaną podróż, zarówno emocjonalną, jak i czysto fizyczną.
„Mowgli” Legenda dżungli”. Pęka serce
Dobrze powiedziane – emocjonalna. Andy Serkis tak napakował swój film emocjami, że dla każdego widza jest to równie trudna droga, jak dla Mowgliego. Ja rozumiem, każdy film powinien być przeżyciem, ale to, co stworzył Andy Serkis to przeżycie niezapomniane. Niezapomniane w tym sensie, że trudno będzie po nim zasnąć. To jest ten rodzaj emocji, które zostają człowiekowi w głowie jako bardzo długa, natrętna refleksja.
W wypadku „Mowgliego” to nie tylko łzy, ale pękające z trzaskiem serce. Tak, ten film to łamacz serc.
Technicznie dopieszczona bardziej niż film Jona Favreau z 2016 roku, jest zarazem mroczniejsza – i dosłownie, i w przenośni. Dżungla Serkisa jest ciemnym miejscem, pełnym sielanki, ale i śmiertelnego zagrożenia. Stawia on jednak pytanie, czy aby nie bardziej niż świat ludzi?
Doradzam Państwu, aby obejrzeć ten film w polskiej wersji językowej. Dubbing jest dość dziwny, bo np. głosy Jarosława Boberka czy Zbigniewa Zamachowskiego są zniekształcone i trudno je poznać. Mimo tego proszę to zrobić, zwłaszcza dla białego wilka albinosa imieniem Bhoot. „Wiem, jak to jest być innym” – mówi Bhoot dziecięcym głosem.
Cudowna to postać ów wilczek, tak pogodna i ciepła, wnosząca tak wiele do filmu… Jak dla mnie, zbyt wiele. Proszę jednak samemu to stwierdzić. I samemu nie móc po tym filmie zasnąć.
PS A Andy Serkis wcielił się w rolę niedźwiedzia Baloo, który w „Mowglim” nie jest rubasznym i pociesznym futrzakiem. To naprawdę niedźwiedź.