Przeczytałem, że pierwsza godzina „Odysei” jest znakomita, a potem jest słabiej. Uważam, że jest dokładnie odwrotnie. Im dalej w las, tym Homer staje się bliższy współczesności, tym „Odyseja” staje się coraz bardziej uniwersalną historią o zagubieniu, wyrzutach sumienia, miałkości, parszywości i odpowiedzialności. I niezwykle emocjonalną. To, co Christopher Nolan z niej wydobył, to wielka emocjonalność, jaka tkwi w życiowym błądzeniu.
„Odyseja” (The Odyssey)
reżyseria: Christopher Nolan
scenariusz: Christopher Nolan
w rolach głównych: Matt Damon, Anne Hathway, Tom Holland, Robert Pattinson, Charlize Theron, Samantha Morton, Jon Bernthal, Lupita Nyong’o
Będę prawdopodobnie wdzięczny Christopherowi Nolanowi do końca życia, bo choćbym po wielokroć czytał „Odyseję”, nie odnalazłbym tych tropów, które odnalazł on. A wiem przecież, że Odyseja jest symbolem niemal językowym, Penelopa jest symbolem, wszystko nią jest począwszy od konia trojańskiego, takoż symbolu zwycięstwa, jak i zdrady i zaprzaństwa. Koń trojański u Christophera Nolana rozpoczyna i kończy film. Jest tu niemal puszką Pandory, którą otwieramy sobie sami.

Nigdy tak nie patrzyłem na konia trojańskiego, jak patrzy na niego Odyseusz. Jak na zagładę świata, owej epoki brązu utraconej nieodwracalnie. Koniec cywilizacji sprowadzony własnoręcznie. To spojrzenie swą trzeźwością wychodzi poza otaczający go obłęd i jest we współczesnych czasach niczym emocjonalna latarnia z ostrzeżeniem o skałach i mieliznach. „Zniszczyliśmy wszystko, co cenne między ludźmi” – powiada Odyseusz w refleksji, którą grzebie niczym w bebechach w zwycięstwach, co nimi nie są, w triumfach pozornych i krótkowzrocznych. W małości i ślepocie. W klapkach na oczy, które rozchyla. Jeżeli miałbym wskazać emocję największą, to tę. Refleksję idącą w kierunku odpowiedzialności za swe czyny i to odpowiedzialności jeszcze nieuświadomionej w chwili popełnienia czynu.
Iście to oppenheimerowskie, ale i nolanowskie, bo patrzy na świat w szerokiej perspektywie. Znacznie szerszej niż ekran Imax, szerszej niż trzy godziny filmu i 20 lat tułaczki.
Wszak do domu nie wraca się tylko lądem i morzem. Zwłaszcza tego domu, który samemu się zniszczyło popełnieniem czynu nierozważnego, w zaćmieniu władzy i uniesienia, w błędnym rozumieniu sukcesu. W głupocie.
„Odyseja” czyli u Homera powrót do domu jest długi, bo tak jest dobrze
U Homera tego nie dostrzegłem. U niego Odyseusz nie wraca latami, bo tak mu wygodnie, nawet dobrze. Postrzegamy go jako gościa, co zabłądził, ale u Homera zabłądził w zupełnie inny sposób. Tam romansował z Kirke, romansował z Kalipso. U Nolana zaś Kalipso jest jego terapeutką. Odurza go lotosem, który gra tu rolę narkotyku, by najpierw zapomniał (przypomnę, że w „Odysei” lotos stosowali Lotofagowie, a nie Kalipso), aby dalej pamiętać. Gdy Odys prosi ją, by pomogła mu wrócić do domu, ona po siedmiu latach więzienia go mówi (ustami Charlize Theron): „to właśnie robię”.

To jest perspektywa nie-homerowska. To perspektywa współczesna, gdy owe siedem lat u Kalipso to nie więzienia. To leczenie. To zabliźnianie. Odyseusz nie opóźnia powrotu do domu, bo mu tak dobrze. Przeciwnie, opóźnia, bo mu tak źle. Nigdzie nie jest mu dobrze, gdziekolwiek się nie uda.
Taka „Odyseja” pokazuje nam, że wiele jest w mitologii, ale jednak nie wszystko. Jest ona szalenie pojemna i archetypiczna, ale uniwersalność nie jest jej dana raz na zawsze. Uniwersalność trzeba tworzyć wciąż i wciąż. Od tego jest sztuka, od tego jest kino.
„Odyseja” czyli mitologia jest totalna i kino Nolana jest totalne
A pojemność tego dzieła jest aż przytłaczająca. Jego odniesienia są przytłaczające. Odyseusz nie jest tu sowizdrzałem i nie jest też człowiekiem lekkomyślnym. Przeciwnie, jest w nim mnóstwo żalu, poczucia odpowiedzialności i idących za tym wyrzutów sumienia. Jest zrozumienie straty, które przebija się tu mocno przez zespół stresu pourazowego. Strata jest pożogą, strata jest po tej pożodze popiołem.
Christopher Nolan zawsze bawił się czasem. Czy to „Incepcja”, czy „Interstellar”, czy „Dunkierka”, czy „Tenet”, z czasu czynił wręcz bohatera swych filmów. Kazał mu biec w przód, w tył, w różnym tempie, uważał że jest ważny i relatywny w zależności od tego, jak go pokazać. Tutaj także jest czas i tutaj również ma ogromną wagę, ale w wypadku „Odysei” czas oznacza stratę. Czas to zaprzepaszczone lata i sposobności, czas oznacza to, co już nie wróci. Nawet śpiew syren jest przecież o tym – o straconych szansach, niedotrzymanych obietnicach, fatalnych błędach. O czymś, czego nie da się cofnąć.

Pewnie łatwo byłoby pokazać syreny bliżej. Jakieś biuściaste babki z rybimi ogonami leżące na skałach – to by się podobało. A jednak Christopher Nolan tego nie robi. Nie pokazuje ich niemal, nie słyszymy ich nawet, bo przecież brzmią inaczej dla każdego, a i tak są. Są i dręczą jak wyrzuty sumienia – też inne u każdego. Scylla i Charybda także pewnie mogłyby być straszniejsze, ale nie w tym rzecz. Christopher Nolan nie chce epatować potworami, bo nie o tym jest film. Dlatego można się czepiać, że cyklop nie taki jak trzeba, że smakujące w ludzkim mięsie olbrzymy mogłyby być inne – chociaż akurat scena ich bezceremonialnego, bezlitosnego wręcz ataku robi ogromne wrażenie.
„Odyseja” czyli mitologia to archetyp czystej grozy
Bo też w sumie Christopher Nolan trochę straszy. Nie dziwię się, że po obejrzeniu „Obsesji” (innego w miarę świeżego filmu w naszych kinach) miał stwierdzić, że ma teraz ochotę na sięgnięcie po kino grozy. „Odyseję” uważano powszechnie za antyczny fundament fantasy, ale w gruncie rzeczy to także fundament horroru. Czymże innym jest Hades i przepowiednia Tejrezjasza, rozmowa z umarłymi, cała ta nekromancja i kwestia pochówku, bez którego zmarli błąkają się w poszukiwaniu zemsty. Czymże innym jest Kirke, która niczym wiedźma czeka na mężczyzn, by dokonać na nich aktu zemsty za ich czyny przeszłe i przyszłe.
Kirke zamienia towarzyszy Odysa w świnie, ale tu nie robi tego za pomocą czarodziejskiej różdżki, nawet nie jedynie za pomocą narkotycznej strawy. Zamienia ich własnymi rękami, jakby ich formowała albo wyciągała z nich to, co świńskie. Formuje wieprze z tego, z czego się składają. „Ja ich nie zamieniłam w świnie, oni zawsze tacy byli” – powiada przy tym i mówi o mężczyznach jako o tych, którzy ją skrzywdzili i jeszcze bardziej jako o tych, którzy ją skrzywdzą. Robi to zawczasu, gdyż nie ma złudzeń.

„Odyseja” czyli Helena Trojańska z bliznami, gdyż nie chodziło o jej urodę
Kirke jest antypatriarchatem, zresztą nie ona jedna. Antypatriarchatem jest też Helena Trojańska, o którą taki się podniósł rwetes, że gra ją czarnoskóra aktorka Lupita Nyong’o (zresztą także jej siostrę Klitajmestrę). Pominę to, bo wdawanie się w podobne rozważania urąga kinomanowi. Musiałbym być kimś, który nie rozumie, po co Christopher Nolan to zrobił. Po co obsadził ludzi różnych ras i rysów. A wtedy musiałbym być kimś, kto nie rozumie czym jest uniwersalny wymiar „Odysei” i jej odniesień do współczesności, które dzieło Nolana wydobyło.
Istotniejsze jest to, że ta Helena przeprasza za to, co się stało i zaraz kieruje ku nam swe oblicze ze szramą na policzku. Jest Heleną oszpeconą, która zaświadcza tym samym, że rzecz cała nie dotyczyła ani urody, ani jej samej. Upadek Troi nie jest o tym, nie stanowi romansu ani historii wojennej w czysto bohaterskim rozumieniu. Bo to wojna o szlaki handlowe, jak słyszymy. Jest starciem interesów, a zatem jest biznesem. Agamemnon w swej potężnej zbroi, który zjawia się jak demon, jak demiurg, jak jakiś Darth Vader, jest wojownikiem, ale jest też handlowcem. Handluje krwią i życiem, handluje z Achillesem, z Menelaosem, z Afrodytą i bogami. Czyż nie? Cały ten układ wokół Troi jest układem czysto biznesowym. A Helena? Helena to pretekst do awantury, więc tym bardziej twarz Lupity Nyong’o pasuje.

„Odyseja” czyli zeusowe prawo jako pretekst do nadużyć
Wreszcie antypatriarchatem jest sama Penelopa, zdana na łaskę męskiej próżności i żądzy. Żądzy jej jako kobiety, ale także żądzy władzy. „Moje dwudziestoletnie doświadczenie mniej znaczy niż kilka włosów na brodzie?” – pyta Telemacha, domagając się tego, czego kobiety domagają się od wieków. Poszanowanie, równości, dostępu. Penelopa ma wokół siebie rój zalotników jak kłębowisko natrętnych trutni. Objadają ją i opijają dowoli. Są pasożytami i naroślami, które musi jednak tolerować, gdyż tak chce prawo. To absurdalne prawo, które jest samo w sobie przyczynkiem do nadużyć. Penelopa nie ucztuje jednak z nimi, tkwi na piętrze, za zasłoną. Stawia wyraźną barierę wobec jej wyborem i światem, w którym wyboru nie ma.
Zeusowe prawo, boskie prawo, prawo nadane przez przodków, namaszczone i natchnione – ono odzywa się tu nie raz i niejeden się na nie powołuje, chociaż stanowi ono ewidentny wytrych i fortel. Pęta ręce, zniewala, pozwala na nadużycia. Jest konserwatywnymi kajdanami.
„Odyseja” czyli brzdęknięcie cięciwy, merdający ogon
Penelopa czeka na Odyseusza, bo czeka na to, by było jak dawniej. Pamiętamy jednak, że on nie wróci tak po prostu. Nie stanie w drzwiach w blasku światła, opromieniony chwałą zwycięzcy spod Troi, zachwycony narcystycznie własnym sprytem. Przeciwnie, wkradnie się cichcem, jakby ze wstydem, bo nie jest idealny. Wejdzie po cichu, bo teraz wszystko po latach widzi inaczej. Cała ta sekwencja powrotu Odyseuszaa, jego relacja z Telemachem, która zapiera dech, wierność Eumajosa (co za rola!), obmycia jego nóg przez Eurykleję i jego coming out robią kolosalne wrażenie, bo wrażenie robią detale. To jedno brzdęknięcie napiętej cięciwy będzie sceną, która na zawsze już zawładnie kinem. To merdanie ogonem przez psa Argosa, który wyrzucony na gnój, poznaje swego pana jako pierwszy, to detal tak cudowny, że można go oglądać po wielokroć.

Christopher Nolan w wywiadzie powiedział, że miał psa, ale późno w swym życiu i ta relacja ze zwierzęciem zmieniła go jaklo człowieka. Dlatego podjął decyzję o ekranizacji „Odysei”, gdy przeczytał jej fragment o Argosie.
I ten detal też zagrał, bo też Christopher Nolan to detalista. Ileż w jego „Odysei” jest przedmiotów, ile z nich staje się fetyszami.
No ale też mitologia na fetyszach się opiera. Jest źródłem symboli, które my napełniamy współczesną treścią. Christopher Nolan zrobił to tak, jak nikt przed nim „Odysei” nie pokazał i nie zrozumiał. To jest tyle wątków, kwestii, postaci i zdarzeń, że mnie wiadomo, od którego w zasadzie zacząć. Wsadził nas wszystkich do konia trojańskiego i wysłał gdzieś na kraniec kina, byśmy się mogli przekonać jak daleko może ono dotrzeć.
Radosław Nawrot
