NAPISZ DO MNIE!
Kino

„Pewnego razu w Hollywood”, czyli dawno, dawno temu, na Dzikim Zachodzie

Na filmy Quentina Tarantino czeka się jak na przelot komety – co pokazuje, jak wielką rolę odegrał ten facet we współczesnej kinematografii. Ten film nie będzie tak kultowy jak „Pulp fiction” i inne jego dzieła. Kto wie jednak, czy nie jest najbardziej dojrzały i kompletny.

„Pewnego razu w Hollywood” (Once Upon A Time… In Hollywood)

reżyseria: Quentin Tarantino
scenariusz: Quentin Tarantino
w rolach głównych: Leonardo Di Caprio, Brad Pitt, Margot Robbie, Austin Butler, Dakota Fanning, Al Pacino, Rafał Zawierucha, Mike Moh

Dotyka bowiem Quentin Tarantino niezwykle delikatnej materii, jaką jest niewyobrażalna tragedia w rezydencji Romana Polańskiego w Beverly Hills. W nocy z 8 na 9 sierpnia 1969 roku banda inspirowana bełkotem Charliego Mansona zamordowała żonę Polańskiego, aktorkę Sharon Tate. Ich ofiarami padli także jej ówcześni goście, z którymi wróciła właśnie z kolacji w meksykańskiej knajpie „El Coyote” – przyjaciel męża, polski producent Wojciech Frykowski, oraz jego partnerka Abigail Folger (przyjaciółka Sharon Tate), stylista Jay Sebring oraz Steven Parent, który właśnie opuszczał posiadłość.

Do morderstwa doszło pod nieobecność Romana Polańskiego, który wtedy kręcił w Europie swój film „Dzień delfina” (porzucił ten projekt po tragedii, film nakręcił Mike Nicholls). Nie uczestniczył w tych dramatycznych wydarzeniach, ale Rafał Zawierucha w epizodycznej roli Romana Polańskiego znajdzie się na ekranie.

Sharon Tate była w dziewiątym miesiącu ciąży.

„Pewnego razu w Hollywood” z problemami

To nie przypadek, że „Pewnego razu w Hollywood” weszło na ekrany kin niemal dokładnie w 50. rocznicę tej zbrodni, w ramach której członkowie sekty Mansona (do dzisiaj odsiadują wyroki) chcieli zabić „jakieś świnie ze świata Hollywood”, jak mówili. Quentinowi Tarantino zależało na tym, by film wszedł do kina właśnie teraz, aczkolwiek problemy z nakręceniem filmu były tak duże, że z trudem terminu dotrzymał. W zeszłym roku zmarł chociażby Burt Reynolds, jedna z postaci stanowiących wielką inspirację tego filmu, a miał on się wcielić w rolę właściciela rancza Spahna.

Ten film to jednak nie oddanie hołdu ofiarom rzezi. Quentin Tarantino nie skupia się na tym, a w każdym razie nie robi tego wprost. Nie odtwarza zdarzeń, w żadnym razie nie ma zamiaru opowiedzieć nam, co wydarzyło się w sierpniu 1969 roku w Beverly Hills.

Jednocześnie jego film bardzo głęboko tkwi w tamtej epoce. Jest aż do nieprzytomności nasycony wszystkim, co się z nią wiąże – od piosenek przez tytuły ówczesnych filmów aż po telewizję, reklamy i puszki z psim jedzeniem z końca lat sześćdziesiątych. Dla miłośników detali to zapewne raj na ziemi, ale warto przy tym zwrócić uwagę na to, że tym razem Quentin Tarantino dość jawnie te detale postponuje.

Migają one jedynie w tle niczym neony, wpadają jednym uchem jak „Mrs Robinson” Simon & Garfunkel, „The House That Jack Built” Arethy Franklin, „Kentucky Woman” Deep Purple, „Out of Time” The Rolling Stones czy psychodeliczne kawałki Vanilla Fudge i wypadają drugim. Tworzą klimat epoki, ale nic więcej. Trochę tak, jakby Quentin Tarantino za wszelką cenę unikał wnikania w epokę z nabożną czcią, rozkoszowania się nią. Możliwe, że rzutuje na to fakt, iż morderstwo w Beverly Hills brutalnie ten okres zakończyło epokę, do której Quentin Tarantino tak często i chętnie nawiązuje, za którą tęskni i którą kochał. Epokę, która już się potem w zmieniającym się Hollywood nie powtórzyła.

„Pewnego razu w Hollywood” to rodzaj iluzji

Istotnie, można by ulec takiemu złudzeniu. Gwiazdy nawet podrzędnych westernów szybko stają się sławne, aby jednak za chwilę walczyć o utrzymanie się na rynku. Widzowie znają niemal każdy wyprodukowany wówczas tytuł, chociaż jednocześnie kolejek do kas na „The Wrecking Crew” z Sharon Tate jakoś nie ma.

Zatrzymajmy się przez chwilę na tym filmie i tej scenie. Znakomita w swych ostatnich kreacjach australijska aktorka Margot Robbie (wielkie role w „Jestem najlepsza, ja Tonya”, „Legionie samobójców” czy „Marii, królowej Szkotów”, tutaj jako Sharon Tate tak wybitnej roli nie ma) idzie do kina na swój własny film, by posłuchać reakcji widzów na sali. Z jednej strony można by łatwo powiedzieć – ot, scena pokazująca próżność Sharon Tate. Z drugiej jednak mamy na jej twarzy mnóstwo emocji, głównie pozytywnych, pokazujących i podkreślających znaczenie kina także w tej warstwie.

Przy okazji to także jedna z dwóch scen, w których Quentin Tarantino – no przecież nie mógłby sobie podarować – może pokazać swój fetysz, damskie stopy. Tym razem w dość niezwykłym wydaniu…

„Pewnego razu w Hollywood” i problem z Brucem Lee

Nie za Sharon Tate i jej domniemany narcyzm w kinie oberwało się reżyserowi najbardziej, a za Bruce’a Lee. Rodzina pochodzącego z Hongkongu mistrza wschodnich sztuk walki i gwiazdy kina lat sześćdziesiątych uważa, że został ośmieszony. Do chóru dołączył legendarny koszykarz Kareem Abdul Jabbar. Zarzucił nawet Quentinowi Tarantino rasizm, jako że Bruce Lee obsesyjnie walczył z tym, jak przedstawia się azjatyckie kino i aktorów w Hollywood (a pamiętajmy, że jesteśmy w środku wojny wietnamskiej). – Tarantino robi to samo – mówi.

Ma rację w tym, że Bruce Lee w „Pewnego razu w Hollywood” jest przedstawiony niezgodnie z duchem, którym się kierował aż do nagłej śmierci w 1973 roku. Jest karykaturą totalną. Jednakże także ten element filmu służy Quentinowi Tarantino do stworzenia wyraźnego dystansu wobec epoki, którą pokazuje – mniej więcej tak, jak równie parodystyczne pokazanie spaghetti westernów w całej długiej, znakomitej zresztą sekwencji. Czy Sergio Leone też mógłby się za to obrazić?

Powtórzę: Tarantino nie chce się rozkoszować epoką, oddawać jej pokłonu i wyrażać uwielbienia, zwłaszcza że dramatycznym finałem lat sześćdziesiątych w Hollywood jest morderstwo w willi Romana Polańskiego. Bardziej tęskni za tym, co się wtedy raz na zawsze skończyło.

„Pewnego razu w Hollywood”, czyli przewrotna baśń

„Pewnego razu w Hollywood” już samym tytułem nawiązuje do baśni, ale nią nie jest. Ma jednak typowy dla baśni układ fabularny i skupia się przede wszystkim na narracji. To za jej pomocą – powiadać się zdaje Quentin Tarantino – zmienić można absolutnie wszystko, wszystko wykreować i kto wie, może uczynić świat lepszym. Tylko za pomocą narracji.

Mówcie Państwo co chcecie, ale to nadal jest ogromna, kipiąca miłość Quentina Tarantino do kina, w którym kicz, ekspresja wyrazu, fikcja zmieszana z prawdą, wreszcie minione czasy stanowią jedynie środek do skupienia się na narracji jako wielkiej broni w ręku reżysera. Tylko kino daje taką możliwość.

„Pewnego razu w Hollywood” bowiem wyraźnie różni się od dotychczasowych dzieł Quentina Tarantino. Także formą, w ramach której dość długo tasuje on karty, działa na widza nieco mylącymi rozdaniami, które prowadzą do zaskakującego (jak to w ogóle możliwe, prawda?) finału i dopiero po nim ułożą się w całość. A to już rodzaj kunsztu.

Swoją drogą, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Pewnego razu w Hollywood” to także rodzaj filmowej zemsty na sprawcach mordu w willi Romana Polańskiego. Jedynej, jaką może zaplanować artysta. A także pytanie o to, czy i na ile sztuka taka jak film może wykreować rzeczywistość.

„Pewnego razu w Hollywood”, czyli prawdziwa fikcja

Quentin Tarantino złożył film z klocków prawdziwych (Sharon Tate i wielu innych prawdziwych postaci, nie tylko Bruce Lee, ale także Steve McQueen czy Sam Wanamaker) i zupełnie fikcyjnych. Grany przez Leonardo Di Caprio aktor westernowy Rick Dalton to postać fikcyjna, jego dubler (Brad Pitt) również. Stworzył opartą na faktach fikcję, znakomicie ułożoną i wyrazistą, w której aktorzy grają aktorów. Sławni grają nie mniej sławnych, aby dzięki temu samemu przejść zaraz do legendy.

I prawdą jest to, co Leonardo Di Caprio słyszy na planie: „Nie znam nikogo, kto grałby lepiej”. Szykuje się kolejna nagroda?

Nie ma w „Pewnego razu w Hollywood” ani zbyt wiele „Pulp fiction”, szczypta może „Kill Billa”, najwięcej „Death Proof” (kaskaderzy!), może także „Bękarty wojny” (fikcyjny film „14 pięści McCluskeya” bardzo je przypomina, sposób potraktowania historii również). Przede wszystkim jednak to dzieło samodzielne, jakiego dotąd Quentin Tarantino nie stworzył. I myślę, że najbardziej dojrzałe. To jest dzieło o hollywoodzkim świecie jako takim i o kinie jako środku artystycznego wyrazu, w którym wszystko jest możliwe, o ile tylko baśń opowie się w odpowiedni sposób. Zwłaszcza szczęśliwe zakończenie.

Privacy Settings
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy
Youtube
Consent to display content from - Youtube
Vimeo
Consent to display content from - Vimeo
Google Maps
Consent to display content from - Google
Spotify
Consent to display content from - Spotify
Sound Cloud
Consent to display content from - Sound