Spróbuję to może wyjaśnić. Spóźniłem się nie bez powodu. Nie dlatego, że mi się nie chciało, przeciwnie. Chciało mi się i wziąłem kurs ekstra, po godzinach. No ale śnieg sypał, droga była śliska, a wszystkie ogrodzenia miały kłódki. I wyskakiwał co chwilę ktoś z boku, a to kobieta w podomce, a to pies… Naprawdę, bezustannie. I potem te stwory… coś im strzelało z pyska, miały wiele kończyn, bluzgały kwasem, mutanty jakieś. Zaatakowały całe miasto, wszędzie krew i flaki. Trudno było dopchać się do domofonu i windy. Naprawdę, nie kłamię…
.
„Resident Evil”
reżyseria: Zach Cregger
scenariusz: Zach Cregger, Shay Hatten
w rolach głównych: Austin Abrams, Zach Cherry, Kali Reis, Johno Wilson, Paul Walter Hauser, Emily Piggford
.
Normalny dzień w pracy – można powiedzieć. Zawsze, gdy chce się już iść do domu, znajdzie się coś, co człowieka zatrzyma. Umówmy się jednak, że zmutowane wirusem potwory, które opanowały całe miasto i zmieniły je w krwawą jatkę, to niezwykły powód. W wypadku „Resident Evil” nie ten pomysł jest jednak istotą sprawy, gdyż japońska gra wideo Biohazard opowiadająca o wydarzeniach w fikcyjnym mieście Raccoon City pojawiła się 30 lat temu, w 1996 r. Wielu ją zna, pewnie wielu widziało wersję kinową z Milą Jovovich. Same potwory zatem nie wystarczą.

„Resident Evil” została już bowiem sfilmowana na wiele sposobów. Seria filmów z Milą Jovovich była mniej lub bardziej wierna oryginałowi, ale umówmy się – co w zasadzie jest oryginałem w wypadku gry komputerowej, w której z zasady scenariusz jest dynamiczny i zależy od gracza? To daje ogromne pole do popisu przy interpretacjach i adaptacjach, czego dowodem jest „The Last of Us”.
To wzorcowy przykład, jak gra komputerowa może skutkować kapitalnym filmem i być jego materiałem wyjściowym. To także przykład nobilitujący samą grę. Już dawno nie żyjemy w czasach, gdy gry są tylko głupawą rozrywką i nie umywają się do prawdziwej sztuki. Żyjemy w czasach, gdy sztuką także są. Scenariusze gier stają się arcydziełami samymi w sobie, trafiają na ekrany kin i telewizorów. Muzyka z gier wspina się na wyżyny muzycznych list przebojów, a komponowanie jest dla muzyków wyróżnieniem.
Nie przypuszczałem, siadając w latach dziewięćdziesiątych do prostego „Dooma”, że zajdziemy tak daleko. Może i Japończycy z Biohazard nie przypuszczali.
„Resident Evil” czyli w kinie jak przy myszce i joysticku
Nowy „Resident Evil” nie jest i pewnie nie będzie takim wydarzeniem na skalę światową jak „The Last of Us”; nie będzie nawet tak głośny jak poprzednie ekranizacje z Milą Jovovich, a jednak wart jest uwagi. Pokazuje bowiem, jak grę przenieść na ekran kinowy tak, by stała się filmem, ale nadal pozostała grą.

Dzieło Zacha Creggera podąża bowiem w głąb, tak jak podąża gra. Kroczy korytarzami, wydostaje się z windy, przemierza zaśnieżone leśne ścieżki, wkracza w ciemne uliczki Raccoon City, wchodzi nawet do kanałów. Wszędzie tam czai się zagnieżdżone zło, wszędzie czają się mutanty.
Opowieści o tym, jak to ktoś wypuścił wirusa, stworzył jakąś biologiczną broń było sporo. Ta jest szczególna, ale jednak na tle całej tej apokalipsy stworzonej przez lata przez kino, gry i literaturę, też się nie wyróżnia. Mam jednak wrażenie, że „Resident Evil” jest opowieścią, która jak mało która daje szeroki wachlarz możliwości interpretacji zdarzeń z Raccoon City. I można ją ekranizować w nieskończoność, za każdym razem inaczej.
„Resident Evil” czyli ostatnie zlecenie po godzinach
U Zacha Creggera ważna jest prostota. Mam wrażenie, że to ona buduje klimat filmu, przynajmniej w jego pierwszej części. Sięgnięcie po perspektywę kuriera, któremu kończy się trudny i intensywny dzień pracy, ale który przyjmuje jednak jeszcze – w zasadzie po godzinach – dobrze płatne zlecenie do szpitala w Raccoon City jest pociągające. Od początku wiemy, że chłopak pakuje się w kłopoty, ale wiemy też, że od kłopotów ucieka. Wszak przyjmuje to zlecenie dla pieniędzy (zaraz będą mu bardzo potrzebne), ale i dlatego, żeby za szybko do domu nie wracać. Tam bowiem czekają go kłopoty. Wybiera pracę po godzinach. Nie wie, że kłopoty czekają i tu.

To jeden człowiek, jeden dzień i jedna, konkretna sytuacja. Bohater, który jest zmęczony i ma głowę zajętą zupełnie innymi sprawami niż jakieś zmutowane wirusem potwory. Dopiero kiedy świat rzeczywiście wali mu się na głowę, zaczyna rozumieć, że wcześniej wcale mu się nie walił. Jedynie tak mu się wydawało w chwili strachu.
Podoba mi się ta perspektywa, podoba mi się także Austin Abrams jako człowiek budzący chwilami ambiwalentne uczucia, ale jednak z przewagą sympatii. Kibicuje mu się. To aktor, którego będziemy teraz oglądali na ekranie częściej – za chwilę połknie go kaszalot w „Upadku wieloryba”. I jego twarz ma w sobie coś bardzo zwyczajnego i przyciągającego jednocześnie. Miałem wrażenie, że to kurier typu cwaniak, ale potem widzę jak w gruncie rzeczy do samego końca walczy o dostarczenie przesyłki z myślą, że może być bardzo potrzebna. No i jest – on sam nie wie jak bardzo, ale dla kuriera nie ma to znaczenia. Ma dostarczyć, to dostarcza.
Jest w tym może nie tyle etos, co dostrzeganie w osiągnięciu celu, w dostarczeniu przesyłki, sposobu na przetrwanie. Gdy wszystko wokół się wali, robisz swoje, aby przetrwać.
„Resident Evil” czyli znowu pojawia się Coś
„Resident Evil” w swej pierwszej części ma ów magnetyzm pełen oczekiwania na to, co się wydarzy na ośnieżonej, górskiej drodze albo za płotem spiętym kłódką. Chociaż dobrze wiedziałem, co nas czeka, oglądałem w napięciu. Potem wchodzimy już w świat jatki, zanurzamy się w komputerowe korytarze pełne niebezpieczeństw i zaczynamy mniej oglądać, a bardziej grać. Prostota i magnetyzm jednak zostają. Chociaż „Resident Evil” z natury jest historią pełną dziwactw, one jednak nie przytłaczają. Ich dawka nie jest nokautująca.

Myślę, że wiem, skąd wziął się ten przyciągający mnie magnetyzm. Z „The Thing” Johna Carpentera – legendarnego filmu grozy, który był w 1982 roku rozwinięciem klasycznej „Istoty z innego świata” z 1951 roku. Historia, która znajduje w lodach Antarktydy istotę zdolną do niezwykłych mutacji i zmieniania wyglądu. Istotę tworzącą w czasie transformacji potwory, do których pasują słowa jednego z bohaterów na ich widok: „bez jaj!”. To film, który przeszedł niezwykłą drogę. W 1982 roku w kinach przepadł zupełnie, a Ennio Morricone za swą muzykę do „The Thing” dostał nawet nominację do Złotej Maliny. Drugie życie zyskał dzięki erze kaset wideo VHS, wtedy doszło do odrodzenia. Wtedy ja go zobaczyłem po raz pierwszy i zafascynowałem się jak miliony ludzi.
„The Thing” (Coś) stało się klasyką kina grozy i kina s-f. Jego wpływ jest ogromny nie tylko na mnie. Także na „Resident Evil”. To film zrealizowany w carpenterowskich klimatach – przyjrzyjmy się chociażby scenie z psem w stodole. I nie jest to zarzut. Przeciwnie, to właśnie magnetyzm.