NAPISZ DO MNIE!
Kino

„Elvis” czyli dokąd niebieskie, zamszowe buty poniosą

Whitney Houston, Any Winehouse i wiele innych gwiazd – teraz do tego grona kinowych biografii dołączył też Elvis Presley. Jego też ściągnęła z nieba sława i chciwość innych, a nade wszystko – poklask i miłość tłumu. „Elvis” to jedna z tych przejmujących opowieści o tym, że gdy zajdzie się wysoko, sięgnie gwiazd i chwały, nie sposób być szczęśliwym. Nie sposób skończyć dobrze.

„Elvis”

reżyseria: Baz Luhrmann

scenariusz: Sam Bromell, Baz Luhrmann
w rolach głównych: Austin Butler, Tom Hanks, Olivia DeJonge, Kelvin Harrison Jr, Helen Thomson


Może rzeczywiście za dużo mielizn, sępów, niebezpieczeństw, by przetrwać. Elvis Presley nie przetrwał. Baz Luhrmann robi film biograficzny, ale spuentowany tak, jak spuentowany być musiał – końcem dramatycznym. Śmiercią gladiatora na arenie przy bijącej brawo widowni.

„Elvis”

Ten schemat powtarza się w wypadku niemal każdej gwiazdy tego formatu jak Elvis Presley – osoby o sławie tak dużej, że nie ma szans na zwyczajne funkcjonowanie. Co więcej, nie ma szans na happy end historii swego życia. „Elvis” jest opowieścią o sławie jako wyroku, co więcej – o miłości jako wyroku.

Tom Hanks w chyba nadmiernie przerysowanej roli pułkownika Toma Parkera – tajemniczego menedżera Elvisa Presleya, do którego przylgnęła łatka pijawki i człowieka wpędzającego gwiazdę do grobu – mówi tu w swej mowie obronnej z kroplówką w żyle:

– To nie ja zabiłem Elvisa Presleya. Ja go odkryłem. Zabiliście go wy, swoją miłością.

„Elvis” czyli uwielbienie to przekleństwo

Uwielbieniem w zasadzie, bo historia Elvisa Presleya w dużej mierze jest historią obłędu. I widowni, która na widok podrygujących bioder i jogistycznych niemalże figur idola wpadała w przedziwnie dzisiaj wyglądające spazmy, i samego piosenkarza, który temu poklaskowi uległ jak narkotykowi. Aż do chwili, gdy jego żona Priscilla Presley zrozumiała, że nigdy nie da mu takiej miłości, jaką dostanie od widowni.

„Elvis”

Te spazmy wyglądają komicznie, ale czy pewni jesteśmy, że stanowią jedynie domenę minionych epok? Czy aby miliony wyświetleń na Instagramie, narcystyczne popisy w mediach społecznościowych i telewizji, wreszcie prośby do gwiazd o to, by zechciały wysłać choćby znoszoną bieliznę nie występują dzisiaj?

Uwielbienie jest chorobą. Samouwielbienie również. Opowieść o Elvisie Presleyu jest jednak także rzeczą o chorobie społecznej, jaką jest skala. Coś, co staje się popularne w dużej skali przynosi momentalnie fortunę. Za łatwo, za szybko, za to z wysokimi fakturami na przyszłość.

Można by bowiem odnieść wrażenie, że być popularnym jak Elvis Presley to być szczęśliwym. Znajdować takie uwielbienie to rodzaj spełnienia, do którego tak wielu dąży, zbierając niegdyś brawa i pocałunki, a dzisiaj lajki i followersów. Nic bardziej mylnego. To pułapka.

„Elvis” jakiego jeszcze nie widzieliśmy

Elvisa Presleya granego dość udanie (chociaż chwilami też manierycznie) przez kalifornijskiego aktora i modela Austina Butlera widzimy tu w przeróżnych, dość niecodziennych konfiguracjach. Elvis zmęczony, wręcz wyczerpany; Elvis bezradny; Elvis uzależniony; Elvis kapitulujący – to nie jest zwyczajne, ale daje pełen obraz konsekwencji, z jakimi mamy do czynienia w wypadku tej kariery. Kariery Króla.

„Elvis”

Każde wynoszenie każdego człowieka na ołtarze jest szalenie ryzykowne, więc z Elvisem Presleyem było podobnie. W chwili, gdy pierwsza dziewczyna zapiszczała na widok jego spazmów, ten człowiek był stracony i pogrzebany.

„Elvis” czyli Presley wysłany do diabła

Tom Parker oskarżany o wpędzenie Króla Rock’n’Rolla do grobu, powiada: „To nie ja”. Powtarza jak mantrę i w sporej mierze ma rację, bowiem Król został połknięty i pożarty nie przez niego, ale przez społecznego lewiatana.

To dramatyczny i poruszający finał historii, która zaczyna się nader merytorycznie i nader ciekawie. Każdy kto zna historię Sama Phillipsa, wytwórni Sun Records i niezwykłego, muzycznego miasta Memphis (polecam wizytę, ono wciąż takie jest – wspaniałe, brzmiące, niemal baśniowe) dobrze wie, że Elvisa Presleya podczas jego pierwszej wizyty w 1953 roku studiu wysłano do diabła. Uratowała do asystentka nazwiskiem Marion Keisker. Zrobiła notatkę i zdołała nagrać Elvisa na własnej taśmie, by później odtworzyć ten fragment swojemu szefowi. Jak pisze Mariusz Ogiegło w tekście „60 lat rock’n’rolla”, po pierwszej wizycie Elvisa w studiu pozostała taśma z zapisem fragmentu „My Happiness” i całym utworem „That’s When Your Heartaches Begin” oraz odręcznie sporządzona przez Marion Keisker notatka z adresem debiutanta (Alabama Street 462) i dopiskiem: „Elvis Pressley. Dobry wykonawca ballad. Zachować” (pisownia nazwiska oryginalna, z błędem).

„Elvis”

 Gdy trzy dni po nagraniu w Sun Records kawałek „That’s All Right, Mama” poleciał w programie radiowym „Red, Hot and Blue” Deweya Phillipsa, słuchacze dzwonili z pytaniem, kim jest ten czarny wokalista, którego właśnie słuchają. Elvis musial podawać swój życiorys łącznie ze szkołami, do których chodził, by udowodnić, że jakimś cudem jest jednak biały.

„Elvis” czyli biały śpiewający jak czarny

I to jest w zasadzie najciekawsze, gdyż podobnie jak w filmowej opowieści o losach Jamesa Browna, przypomina nam, że wraz z niewolnikami z Afryki do Stanów Zjednoczonych przybyła ich muzyka, ich muzykalność, ich rytm. A muzyka zmieniła świat i całą Amerykę, pogrążoną w czasach Elvisa w rasizmie, nietolerancji, szczujni. W chwili, gdy Elvis Presley śpiewał jak czarny, zabijano Martina Luthera Kinga, policja pałowała protestujących Afro-Amerykanów, a potomkowie Ku-Klux-Klanu sączyli z mównic retorykę nie gorszą niż naziści Hitlera.

Ponoć muzyka łączy. Elvis Presley w ciele okutym w skórę, drakuli kaftan, skrzydłą czy cekiny zawarł głos czarnego amerykańskiego Południa. Zawarł brzmienie, które wdarło się do serc i umysłów przez głośniki i megafony. Stał się królem nie tylko rock’n’rolla, ale dwóch światów.

„Elvis”

Już to samo w sobie jest ciekawe jako rzecz o furorze zrobionej przez białego śpiewającego i ruszającego się jak czarny, co wtedy było rasistowskim zarzutem, a dzisiaj jest cnotą. Byłoby, gdyby Elvis Presley nie urósł tak bardzo, że jego ostateczny los przyćmił początek. Niestety.

„Elvis” jako superbohater w pelerynie

To nadaje historii tragizmu w miejsce muzycznej analizy, a popkultura wypiera kwestie rasowe. Niemniej „Elvis” jest oparty ma muzyce, chociaż precyzyjniej rzekłbym, że bardziej na brzmieniu – co jest kapitalne. Przebojów Presleya w zasadzie tu nie słyszymy w pełni, one pobrzmiewają tak, że wystukuje się je palcem na oparciu kinowego fotela czy udzie partnera.

Brzmienie splata się z fotoplastykonem i komiksem, co jest pomysłem znakomitym, dynamizującym i pozwalającym przeskoczyć te wszystkie połacie biografii piosenkarza. Komiksem, bo przecież Elvis Presley marzył kiedyś o tym, że jest superbohaterem i ratuje świat oraz swoją rodzinę. Stąd te peleryny, stąd ten styl. Nie uratował nawet siebie.

Moja ocena: 4/6

Radosław Nawrot

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Privacy Settings
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy
Youtube
Consent to display content from Youtube
Vimeo
Consent to display content from Vimeo
Google Maps
Consent to display content from Google
Spotify
Consent to display content from Spotify
Sound Cloud
Consent to display content from Sound