NAPISZ DO MNIE!
Kino

„Dzień objawienia” czyli to jest kwestia wiary, wiary w człowieka

Zachwyt nad najnowszym filmem Stevena Spielberga jest dość rozległy, bo też amerykański reżyser porwał się na dzieło, jakiego dotąd nie nakręcił. Ogromne. Nie chodzi o to, że najbardziej zaawansowane technologicznie, najdroższe, najpotężniejsze. Rzecz raczej w ogromie pojęciowym, który obejmuje, z kwestiami wiary w Boga, wiary w naukę i politykę, wiary w media i – co najważniejsze – wiary w ludzi na czele. 

„Dzień objawienia” (Disclosure Day) 

reżyseria: Steven Spielberg 
scenariusz: David Koepp 
w rolach głównych:  Emily Blunt, Josh O’Connor, Colin Firth, Colman Domingo, Eve Hewson, Wyatt Russell 


Rozmach “Dnia objawienia” jest ogromny, a jest to rozmach perspektywy. Perspektywy szalenie szerokiej, jakiej chyba jeszcze Steven Spielberg nie zakreślił. Przy czym proszę się nie niepokoić, nie wchodzi na matę do zapasów z Bogiem czy całym wszechświatem. Nic z tych rzeczy. On zmaga się z człowiekiem. 

„Dzień objawienia”

Zwątpienie, które jest chyba kluczem otwierającym najwięcej drzwi w tym filmie, ma tu swoje uzasadnienie nie tylko w wizji wszechświata jako miejsca dla wielu cywilizacji. Ma uzasadnienie także w działalności człowieka na Ziemi nawet bez wiedzy o tym, czy jesteśmy w Kosmosie sami. Przypisywane Arthurowi C. Clarkowi zdanie “„Istnieją dwie możliwości: albo jesteśmy sami we Wszechświecie, albo nie. Obie są równie przerażające” w wypadku twórczości Stevena Spielberga nabiera dodatkowego znaczenia. Wszak legenda hollywoodzkiego kina kręciła filmy o Indianie Jones, o dinozaurach, o sztucznej inteligencji, o Holokauście, w zasadzie o wszystkim, ale alternatywne życie we Wszechświecie zajmowało go i zajmuje najbardziej. 

Byłem pewien, że “Dzień objawienia” będzie dokończeniem tego, co zaczęły w 1977 roku “Bliskie spotkania trzeciego stopnia” i kontynuował “E.T.” w 1982 roku. Tę wielką tęsknotę Spielberga do kontaktu z obcą cywilizacją, ale po swojemu. W filmowy sposób. Nie do końca tak jest. To nie jest kontynuacja, chociaż i tutaj kosmici mają swoich wybrańców. I raz jeszcze są to dzieci.  

„Dzień objawienia”

„Dzień objawienia” czyli kosmici Stevena Spielberga przychodzą do dzieci

Postrzeganie Wszechświata przez Spielberga ma coś w sobie z dziecięcego patrzenia. U niego wizyta gości z Kosmosu nie jest powodem do niepokoju. To raczej upragnione zwiastowanie, której jest jak nadejście kosmicznego mesjasza. W całym głównym nurcie Hollywood, wytyczonym już wczesną literaturą s-f jeszcze z XIX wieku, kosmici przybywają po to, by Ziemię podbić, a nam wyrządzić krzywdę. U Spielberga wizja kontaktu z nimi to wizja doświadczenie niezwykłego bytu, który nas zmieni. To doznanie niesłychanej, troskliwej empatii, która – jak słyszymy w filmie – jest najwyższą formą ewolucyjnego rozwoju. 

To ważkie słowa, które prowadzą nas przez “Dzień objawienia” niczym przez opowieść o człowieku i wierze w niego. 

„Dzień objawienia”

Przybysze z Kosmosu mogą być większą doskonałością niż my, co stawia ludzkość i jej poczucie wyższości pod znakiem zapytania. Jak znieślibyśmy fakt, że nie jesteśmy w Kosmosie sami – to jedno pytanie. Jak jednak znieślibyśmy fakt, że istoty z innych planet przewyższają nas pod wieloma względami, choćby pod względem empatii – to pytanie równie ciekawe. 

„Dzień objawienia” czyli nie jesteśmy jedyni, nie jesteśmy doskonali

W “Dniu objawienia” mamy ich domniemaną doskonałość ujętą na wielu płaszczyznach. Mówienie różnymi językami, odczytywanie różnych języków w taki sposób, jakby słuchało się własnego, współrozumienie i współodczuwanie – to wszystko są przykłady takiej  niemal boskiej wyższości. Steven Spielberg nie mówi jednak o istotach pozaziemskich jako o nowych bogach. Gdy Emily Blunt widzi, że ktoś próbuje się do niej modlić jak do mesjasza, stanowczo protestuje. Nie o to bowiem chodzi, nie chodzi tu bowiem o Boga, chodzi zawsze o człowieka. 

„Istnieją dwie możliwości: albo jesteśmy sami we Wszechświecie, albo nie. Obie są równie przerażające”. Siostra zakonna zapytana, czy nie niepokoi ją myśl o tym, że nie jesteśmy w Kosmosie sami, odpowiada: – Dlaczego miałaby mnie niepokoić? 

„Dzień objawienia”

To rodzaj wyznania wiary, prawda? Natomiast Steven Spielberg widzi w perspektywie braku naszej wyjątkowości i obecności innych istot we Wszechświecie nadzieję. To typowy dla niego rodzaj wyglądania przybyszów tak, jak wygląda się zbawienia, ale nie w boskim znaczeniu, ale ludzkim. Takim znaczeniu, gdzie zbawienie oznacza opamiętanie się. 

„Dzień objawienia” czyli przełom transmitowany przez telewizję

U progu światowej wojny, w czasie gdy telewizje transmitują kolejne kryzysy polityczne i wojskowe, kolejne mobilizacje wojsk i światowy lęk, nagle transmisja z tego typu zdarzeń zostaje przerwana i zastąpiona czymś o wiele ważniejszym. Co może być ważniejszego od możliwego początku wojny światowej? Otóż wszystko. 

“Dzień objawienia” jest tęsknotą Stevena Spielberga za tego typu ożywczym przełomem, za takim zmieniającym ludzi kontaktem, ale jest także tęsknotą za wolnymi i rozsądnymi mediami. Media są dla niego raz jeszcze szalenie ważne, tak jak w “Czwartej władzy” i innych filmach. Ta rola mediów to amerykański, ale i spielbergowski fetysz i on w “Dniu objawienia” media wykorzystuje, by przekazać to, co ma do przekazania. Zarazem pomija zupełnie tak ważną dotąd dla Amerykanów rolę prezydenta USA, jako tego, który wie najwięcej i najmądrzej tą wiedzą dysponuje. Prezydenta tu nie ma, przestał mieć znaczenie, jest marginesem opowieści. 

Podobnie jak w “E.T.” są bowiem ci, którzy wiedzą lepiej i decydują, co wolno nam wiedzieć, a co nie. Co należy zrobić z wiedzą, jak ją dawkować. W tej niezwykłe roli wystąpił tu wychodzący efektownie ze swej bańki Colin Firth. Steven Spielberg upomina się o wiedzę jak o łyk czystej wody. Wiedza jest dla niego przyrodzonym ludzkości prawem.  

„Dzień objawienia”

„Dzień objawienia” czyli tęsknota za mediami, które robią coś ważnego

Dzięki temu końcowe sceny “Dnia objawienia” są jednymi z najpotężniejszych w całej historii kina. Nie pamiętam, aby ktokolwiek zrobił coś takiego, z takim rozmachem i z taką mocą. Steven Spielberg stworzył film, który jest medialną historią, który jest newsem. Przekształcił to, co ma do powiedzenia, a przynajmniej do zasugerowania w wielki spektakl medialny, niemal w transmisję o znaczeniu globalnym. To już nie jest dyskretne przybycie kosmity do małego chłopca i ukrywanie się go w garażu. To news, który zatrzymuje ludzkość. To niezwykłe. Zastanawiałem się, jak można pokazać siłę przekazu medialnego o tym, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie i że musimy zmienić całe myślenie o sobie. Teraz już wiem, jak. 

Tym samym Steven Spielberg przeniósł nas ze świata opowieści o przylocie kosmitów na Ziemię jako historiach grozy, zagłady i naszego końca na zupełnie unikalną i niezwykle empatyczną opowieść o naszym początku. Zupełnie nowym. 

Radosław Nawrot

Privacy Settings
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy
Youtube
Consent to display content from - Youtube
Vimeo
Consent to display content from - Vimeo
Google Maps
Consent to display content from - Google
Spotify
Consent to display content from - Spotify
Sound Cloud
Consent to display content from - Sound