Szkieletor wyzwalał najgorsze instynkty. Co więcej, He-man je wyzwalał. Zazdrość, zawiść, segregację, poczucie wyższości, kompleks niższości, rodzaj zbiorowego obłędu. Wystarczyło, że do kolegi z bloku przyjechała rodzina z RFN. Przywoziła wtedy figurki postaci z „Masters of the Universe”.
„Władcy wszechświata” (Masters of the Universe)
reżyseria: Travis Knight
scenariusz: Chris Butler, Adam Nee
w rolach głównych: Nicholas Galitzine, Camila Mendes, Idris Elba, Jared Leto, Alison Brie, Kristen Wiig
Kolega miał na imię… no mniejsza z tym, zostawmy. Było minęło. Wspominam jednak po latach ten czas i jest mi wstyd. Wstyd za siebie. Nie chodziło jednak tylko o to, że tak bardzo pragnąłem też mieć figurki z „Władców wszechświata”, a jeszcze bardziej – komiks, nawet w obcym języku. Że tak o tym marzyłem. Chodziło o to, że dla nas, dzieci PRL było to tak bardzo niedostępne. Magiczne, dalekie, kosmiczne, niczym skarb. Rozumiecie Państwo teraz, dlaczego musiałem pójść na ekranizację Travisa Knighta i z jakimi uczuciami to zrobiłem?

W połowie lat osiemdziesiątych mieszkałem na poznańskim blokowisku. Mieliśmy swoje PRL-owskie zabawki i swoje PRL-owskie ograniczenia. O klockach Lego na przykład marzyłem całe dzieciństwo i nigdy nie znalazłem ich pod choinką, bo nie było to takie łatwe. Gumy z historyjkami z Kaczorem Donaldem Disneya były czymś bezcennym, każdy plakat z zachodniego pisma odbierał zmysły. „Gwiezdne wojny” oglądałem w kinie z dwuletnim opóźnieniem względem Zachodu, a wielu popkulturowych bohaterów kultury zachodniej było dla mnie tylko mitem, przekazywanym z ust do ust, wyolbrzymianym i potęgowanym.
Tak było z „Władcami wszechświata”. Wiedziałem o He-manie, wiedziałem o Szkieletorze i całym tym uniwersum, ale wiedziałem od kumpli, co to słyszeli, widzieli, ktoś im tam mówił… Siedzieliśmy na trzepaku czy na schodach pod klatkami blokowisk i opowiadaliśmy sobie o tym, co kto słyszał czy tam rzekomo widział, podlewając to fantazją.
„Władcy wszechświata” czyli zdradziłem swoich kolegów dla figurek
Jeden z kolegów miał rodzinę w RFN, w Ulm – to pamiętam. Nie wiedziałem, gdzie jest Ulm, ale wiedziałem, że gdy taka rodzina przyjeżdżała, kolega od razu miał lepsze buty, prawdziwe czekolady z orzechami i miał też figurki. Wśród nich był He-Man.
Pamiętam go dobrze – umięśniony blondas w fikuśnej przepasce na biodrach i ruchomą ręką na plastikowym zawiasku, którą można było przesunąć tak, że się unosiła. Unosiła wraz z mieczem, jakby He-man teraz wypowiadał słowa: „Na potęgę Posępnego Czerepu! Mocy przybywaj!”. Był także jego zielony tygrys, któremu można było założyć tę śmieszną, czerwoną zbroję. Albo zdjąć, dowolnie, gdyż figurki miały ruchome i nakładane części.
Bajka.

Największe wrażenie robiła figurka Szkieletora. Ło matko, ciało kulturysty i biała czacha zamiast głowy – przyznam, że do tej pory nie pamiętam lepiej skonstruowanego wizualnie złoczyńcy, no chyba że Dartha Vadera. Może to projekcja z dzieciństwa, ale Szkieletor to było coś. Robił wrażenie, od razu było widać, że to nie byle kto. Antagonista jak się patrzy.
Kolega miał te figurki z RFN, a gdy je miał, to od razu miał też kolegów. Te figurki miały magię i zmieniały wszystko, w tym nasze dziecięce zachowanie. Stawaliśmy się pod ich wpływem chciwi i nielojalni. Porzucaliśmy tych kumpli, którzy ich nie mieli, a legitymowali się tylko nędznymi historyjkami z Donaldem. Już nie chcieliśmy się z nimi bawić, ale z tym kolegą, który nie był ani bliski, ani za fajny, ale miał figurkę He-mana i Szkieletora.
„Władcy wszechświata” czyli Godzilla może mi wybaczy
Ja nie chciałem. Ja to robiłem. O sobie mówię, więc nie wiem dlaczego używam liczby mnogiej. Ja dla „Władców wszechświata” zdradzałem przyjaciół. Byłem dzieckiem pod wpływem zachodniego narkotyku, na PRL-owskim głodzie. Aby zdobyć te figurki, nawet tylko je dotknąć i chwilę się pobawić, gotów byłem na wiele. Gotów byłem oddać gumową Godzillę, która swą rozwartą paszczą kołysała mnie każdego dnia do snu z półki z książkami.
Wybacz mi, Godzillo.

Nie wystarczyło jednak, nie mogłem ich posiąść. He-man, jego bojowy tygrys czy Szkieletor stanowili dla mnie symbol tego, co nieosiągalne. Nietrudno chyba w tej sytuacji zrozumieć, jak ważni dla mnie są „Władcy wszechświata” w najnowszej ekranizacji. Ja wiem, że to żadne dzieło, żadna fabuła, że może nawet śmieszność. Nie dla mnie, za bardzo pamiętam dzieciństwo.
I w związku z tym jestem w stanie zapewne przepuścić przez umysł i poczucie smaku o wiele więcej niż ktoś, kto „Władców wszechświata” z dzieciństwa nie zna. Ktoś, dla kogo to kiczowate uniwersum, o wiele słabsze niż w wypadku innych „manów”, innych superbohaterów.
„Władcy wszechświata” czyli masa mięśni i opaski na przyrodzenie – bajka!
Bo to prawda, jest o wiele słabsze i bardziej kiczowate. Bardziej związane ze światem baśni, gdyż cała ta Eternia jest raczej światem bajkowym niż inną planetą jak Krypton Supermana. To świat z gadającymi tygrysami, smokami, królami i księżniczkami, zamkami i magicznymi lasami, świat pełen czarodziejów i potężnych mocy. To też ma swój urok. Mam wrażenie, że świat He-mana i Eternii jest ciekawszy niż sam He-man, który z tymi mięśniami, blond włoskami i przepaskę na biodrach jest żenująco kiczowaty.

Może dlatego Travis Knight wybrał taką formę pokazania go, jako człowieka z krwi i kości, pełnego ludzkich sprawi słabości. Przypomnę, że w oryginalnym zamyśle komiksu (ale dowiedziałem się tego po czasie, gdyż komiks dorwałem o wiele później niż figurki) He-man czyli w ludzkiej skórze Adam tylko udawał niedojdę. Udawał, by się maskować i ukryć pochodzenie i moc. Mamy zatem do czynienia ze schematem znanym z opowieści o Supermanie, gdy wystarczy że facet zdejmie pelerynę i założy okulary, a nikt się nie skapnie.
Natomiast u Travisa Knighta jest nieco inaczej. Jego Adam rzeczywiście jest kimś, kto uważa siebie za niedojdę i słabeusza. W zasadzie nie tyle on uważa, co świat go takim postrzega i to przekonanie wlewa do głowy małego chłopca, by zwichnąć go traumami, ocenami, oczekiwaniami. To w zasadzie najciekawsza sprawa, gdyż mamy do czynienia z człowiekiem, który bohaterem być nie chce i nie potrafi, ale zostaje (co nawet uważa za „super sprawę”), ale wciąż się w tej przepasce i kiczowatych mięśniach nie odnajduje.

„Władcy wszechświata” czyli Adam znaczy człowiek
Mówimy o człowieku, który idzie na siłownię i nie wie w zasadzie, co on tam robi. Widzi tam Dolpha Lundgrena – szwedzkiego siłacza znanego jako Iwan Drago z „Rocky’ego”, co jest nawiązaniem do poprzedniej ekranizacji „Władców wszechświata” jeszcze lat osiemdziesiątych. Tam właśnie Szwed wcielił się w główną rolę mocarnego blondasa. Teraz gra go Brytyjczyk Nicholas Galitzine, znany chociażby z zabawnej roli dziennikarza w zabawnym filmie „Sprawiedliwość owiec” i trudno nie poczuć do niego sympatii. Powiem więcej, Travis Knight zbudował już budzącą ogromną sympatię dziecięcą postać He-mana, którą kreuje dziecięcy aktor Artie Wilkinson-Hart.
To zaskoczyło mnie najbardziej. Najmniej ciekawa postać całego tego uniwersum i najbardziej kiczowata okazuje się najciekawsza. Właśnie Adam, właśnie He-man, który do końca pozostaje kimś, kto mimo mięśni, przepaski i mocy przybywającej z Posępnego Czerepu, nie pasuje do tego wszystkiego. On i jego tchórzliwy w gruncie rzeczy tygrys. Ta moc przybywa w zasadzie nie wiadomo po jaką cholerę, a cała opowieść staje się historią o determinacji losu, o szukaniu swego miejsca na świecie, o braku możliwości wyrwania się z kieratu. Na dodatek reżyser tworzy z He-mana postać jak najbardziej zabawną. Ja wiem, że mamy teraz w dziełach o superbohaterach nieznośną manierę rozrzedzania wszystkiego humorem, który ma pokazać dystans. To humor w stylu „why so seriuos?”, który na wstępie odegna od twórców zarzutu o to, że robią kicz, wierząc w niego.

Otóż nie odegna. Humor w takich kiczowatych dziełach wyciągniętych z dawnych epok i dostosowywanych do współczesnych czasów zawsze będzie intruzem. Zawsze będzie czymś, co demaskuje twórcę jako kogoś, kto boi się, że ekranizuje coś takiego. Niesłusznie. Zresztą wydaje mi się, że skoro humor, to albo idziemy w to do końca i robimy bekę zupełną, albo … Sam nie wiem, bo zrozbienie na serio filmu o He-manie i Szkieletorze może byłoby nieznośne. A może nie, wszak „Thor” się jakoś jednak udał.
„Władcy wszechświata” czyli humor to miecz, sięgamy po niego w obliczu bezradności
He-man taki jest – zagubiony, zabawny, zdystansowany i zupełnie niebohaterski. Owszem, musi się napieprzać ze Szkieletorem i złem, wiadomo, w końcu ludzie idą do kina także dla nawalanek. Kiedy jednak trzeba pocałować kobietę, zdobyć jej serce albo w ogóle osiągnąć coś na ludzkim odcinku, jest kłopot. Moc przybywa z Posępnego Czerepu, ale nie czyni z He-mana człowieka dostosowanego do życia. Trauma dzieciństwa jest zbyt mocna.

Jest też Szkieletor, w którego wciela się Jared Leto i który jako zły antagonista ma łatwiejsze zadanie. Być złym na ekranie jest łatwo, co chyba Szkieletor dostrzega, gdy mówi: „Bycie złym jest tak bardzo ekscytujące”. To jakby okrzyk w stylu „nie róbcie ze mnie kogoś, kim nie jestem; mam być zły, to będę zły, załatwione”. Nawet on jednak ma w sobie dawkę humoru, zwłaszcza w scenach gdy walczy o poklask i uznanie, ale obok siebie ogłupiałych klakierów.
Odnalazłem w „Władcach wszechświata” stare figurki He-mana, Szkieletora, bojowego tygrysa, odnalazłem Zbrojmistrza, Czarodziejkę (czyli Evil-Lyn), Bestię i Żelaznoszczękiego – oni też przyjeżdżali kiedyś do nas z RFN. Odnalazłem ich wszystkich, ale przede wszystkim odnalazłem siebie z dzieciństwa i wszystko to, co determinowało mną, moim losem i postrzeganiem świata. To, co sprawiło, że dzisiaj się w życiu odnajduję, ale jeszcze częściej jestem zagubiony.
Radosław Nawrot
