To mogłoby być pewnie każde państwo świata, aczkolwiek Niemcy są przykładem świetnym. Te Niemcy w połowy XX wieku, gdyż wtedy w ich wypadku mamy do czynienia z czymś absolutnie niezwykłym – kilkoma wersjami jednego państwa i jednego narodu. Na dodatek jednocześnie. Dlatego na „Ojczyznę” patrzę jak na uniwersalną opowieść o miejscu na świecie, którego być może nie ma.
„Ojczyzna”
reżyseria: Paweł Pawlikowski
scenariusz: Paweł Pawlikowski, Henk Handloegten
w rolach głównych: Hans Zischler, Sandra Hüller, August Diehl, Anna Madeley, Devid Striesow, Joachim Meyerhoff, Daniel Wagner
– Mój dom jest teraz w Kalifornii, ale gdzie jest moja ojczyzna, to już trudniejsze pytanie – powiada Thomas Mann w tym czarno-białym (jak zwykle) filmie Pawła Pawlikowskiego. Thomas Mann, który opuścił Niemcy, gdy się zbrunatniły w 1933 roku i po latach odwiedza je, gdy są podzielone na awers i rewers. Mówi tak w czasach, gdy o kwestie narodów i ojczyzn wybuchają wojny, a większość piłkarzy na takim mundialu 2026 może wybierać, kogo reprezentują, bo tak wiele mają tych ojczyzn.

Dawne granice państw, ziemie zasiedlone przez ludy i narody po wielowiekowych wędrówkach do dzisiaj są przedmiotem wojen i powodem śmierci. Nawet wtedy, gdy część granic została otwarta w ramach Schengen. Nawet wtedy, gdy – co uderzyło mnie bardzo – na mundialu 2026 wielu piłkarzy może wybierać, w jakiej reprezentacji chce grać. Nawet w czasach, gdy pojęcia narodowości i ojczyzny stają się coraz bardziej rozmyte, ale nie można tego powiedzieć głośno, bo to wciąż niepatriotyczne. Wszak nasi przodkowie za takie pojęcia umierali. No to i my musimy.
Paweł Pawlikowski zrobił film o Niemczech, które są jednym z wielu przykładów, ale za to przykładem znakomitym. Jego Thomas Mann to także przykład, równie dobrze mógłby sięgnąć po Alberta Einsteina, Bertholda Brechta, kogokolwiek. Thomas Mann opuścił Niemcy, gdy zaczęły łazić po ulicach z pochodniami, w obywatelskich patrolach o nazistowskim charakterze. Gdy nie miał wątpliwości, do czego to zmierza. Noblista z 1929 roku najpierw przyjął obywatelstwo Czechosłowacji, potem wyjechał dalej. W „Ojczyźnie” wraca do Niemiec w 1949 roku, gdy Hitlera i jego nazistowskich hord już nie ma, za co Niemcy są podzielone na część zachodnią kontrolowaną przez Amerykanów i wschodnią, proradziecką. Są płótnem Europy, na której rysuje się podział i rozliczenia.
„Ojczyzna” czyli kilka wersji jednego narodu
Jest więc Thomas Mann człowiekiem łączącym kilka wersji Niemiec w ciągu swego życia. Od cesarstwa o imperialnych zapędach, przez Republikę Weimarską z podkulonym ogonem i uważaną za nieudolną, Trzecią Rzeszę i wreszcie Niemcy podzielone na strefy. Wiele wersji jednego państwa i narodu. Na dwie różne wersje rozliczenia tego, co się stało.

Odbierał Thomas Mann rozliczne listy z obelgami. Za to, że wyjechał z Trzeciej Rzeszy zamiast znosić znój i wysiłek narodu. Za to, że wrócił. Za to, że wrócił do Niemiec Zachodnich, gdzie naziści wciąż mają się dobrze. Za to, że wrócił do Niemiec Wschodnich, zatem jest komunistą. Był tu i tu, jakby chciał odwiedzić wszystkie wersje ojczyzny, zmupltiplikowane i alternatywne.
Wszędzie są rauty, wszędzie smokingi i przemówienia. Jest nawet śpiewająca Joanna Kulig, bo u Pawła Pawlikowskiego być musi. To spotkania pełne podniosłych słów, które – jak powiada jego córka Erika (w tej roli jak zwykle świetna Sandra Hüller) – przestają mieć znaczenie w obliczu jednostkowych tragedii. Thomas Mann jest jednak w tym wytrwały. Spotyka się, przemawia, ściska dłoń agenta CIA i szefa propagandy Armii Czerwonej. Zjawia się w towarzystwie ludzi, o których aż trudno nie pomyśleć, co też robili cztery lata temu. Teraz są jednak nowe czasy, nowa ojczyzna.
„Ojczyzna” czyli Niemcy zachodni i Niemcy wschodni
Postnazistowskie Niemcy podzielone na dwie części to historia budowy ojczyzny od nowa na dwóch różnych planach. Początki RFN podlane są tu z jednej strony obecnością Gustafa Gründgensa, który sprzedał duszę diabły i był ulubionym aktorem Trzeciej Rzeszy i Hermanna Göring, a teraz przychodzi normalnie na powojenny raut, jak i potomkami Wagnera, którzy nie mogą uruchomić festiwalu na cześć swego dziadka, gdyż był ulubionym kompozytorem Hitlera. Początki NRD zaś to nowy hymn i niemieccy komuniści wracający do ojczyzny z wygnania tak jak Thomas Mann, ale i obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie, w którym teraz to nie strażnicy SS, ale czerwonoarmiści i nowa, wschodnioniemiecka bezpieka umieszczają więźniów.

To wszystko jest kapitalnym tłem do filmu o ojczyźnie, która jako pojęcie kojarzy nam się z czymś jednoznacznym, ale bynajmniej takim nie jest. Jest także tłem do opowieści o przeszłości, której nie należy traktować jako niebyłej i nie udawać, że się o niej zapomniało, ale też nie należy się nią karmić. Thomas Mann nie odwraca się od niej, mierzy się z nią i chce z niej wyciągnąć wnioski. Iść dalej.
„Ojczyzna” czyli sztuka po zgruzowaniu człowieczeństwa
Kiedy umiera syn Thomasa Manna (także pisarz Klaus, który stworzył dzieło „Mefisto” właśnie o Gustafie Gründgensie, były mężu swej siostry i którego to dzieła długo nikt nie chciał wydać), dla córki Thomasa Manna to ekstremalnie trudny moment. On jednak, on Thomas Mann idzie dalej. Powiada, że są rzeczy ważniejsze w skali świata od śmierci z przedawkowania narkomana. To nie tak, że nie przeżywa i że jest nieczuły. Przeczy temu ostatnia scena „Ojczyzny”, w której przemawia sztuka. Przemawia Bach na niedostrojonych organach, o którym jego syn mawiał, że przez Bacha prawie uwierzył w Boga. Syn, którego gra tu August Diehl – znany jako oficer gestapo z „Bękartów wojny”, ten od trzech piw zamawianych palcami.

To właśnie sztuka w obliczu ojczyzny, jej przeróżnego pojmowania i w kontekście trudnych czasów jest tu wyznacznikiem zachowań twórcy. Zwłaszcza w obliczu ruin, w jakie obróciła się cała intelektualna Euopa nie tylko z powodu wojny, ale z powodu zdruzgotania człowieczeństwa i podeptania ludzkiej godności. I w obliczu tego, jaką rolę sztuka ma odgrywać teraz, w świecie dogmatycznych znaczeń i fasad.
Niemcy w „Ojczyźnie” mogą wydać się nam w Polsce obcy, a nie powinny. W gruncie rzeczy wydają się bowiem bardzo znajome. Podzielone, rozdarte, alternatywne, z traumami są narodem, który uprawia kult śmierci. O tym kulcie opowiada Thomas Mann, stawiając go w kontekście kultu miłości uprawianego przez Johanna Wolfganga von Goethego. Zestawia go z romantycznym poetą, wyznacznikiem rozumienia narodowej tkanki. Czy to wszystko nie jest znajome?
Radosław Nawrot
