Nikki powiada, że albo pozna prawdziwą miłość, albo nie napisze swojej książki. Czyli piszesz romans – jest przekonany Bear. Ona, że nie, nie romans. Pisze o miłości. A to nie to samo? – on na to. Pewnie dlatego tak mi siedzi w głowie ten film. Właśnie dlatego, że miłość to nie to samo co romans. To czasem także horror.
„Obsesja” (Obsession)
reżyseria: Curry Baker
scenariusz: Curry Baker
w rolach głównych: Michael Jonhston, Inde Navarette, Megan Lawless, Cooper Tomlinson
Trochę mnie nawet zaskoczył ten odbiór, bo nie jest to horror idealny i jeszcze zanim podniosłem się z fotela, nasunęło mi się kilka zmian, jakie ja bym wprowadził jako twórca (którym nie jestem). Usiadł jednak bardzo, bo jest nie tylko klasyką kina grozy, ale także poza nią wykracza. Robi to, co ja w kinie grozy uwielbiam – dotyka spraw daleko poza zwykłym straszeniem. Szuka grozy tam, gdzie jej nie dostrzegamy albo jej nie przewidujemy.

Bo też horrorów nigdy nie postrzegałem jako tępego młota do generowania strachu. Jako zwykłego „buuuu” i chwytającego za gardło suspensu. Lubię, gdy horror jest lustrem, takim rewersem rzeczywistości i pokazuje grozę tam, gdzie zwykle dostrzegamy coś zupełnie odwrotnego. Weźmy choćby Nighta Shyamalana i – dajmy na to – jego „Wizytę”. Co może być przerażającego w wizycie u dziadków, prawda? Takie to bezpieczne… Albo sympatycznego bernardyna z „Cujo” Stephena Kinga. Czyż nie?
William Wymark Jacobs przecież też nie był facetem, który tylko straszy. Przeciwnie, on większość życia twórczego spędził na pisaniu humoresek i tekstów żartobliwych. A jednak jego „Małpia łapka”, oparta nieco na „Opowieściach z 1001 nocy” była właśnie takim wtrętem grozy. Opowieścią o wysuszonej łapie małpy, która krążyła po świecie jako talizman i potrafiła spełnić trzy życzenia swego właściciela. Tyle tylko, że spełniała je nie tak, jak byśmy sobie wyobrażali. A zatem gdy chcemy pieniędzy, dostaniemy je, ale może np. jako wysokie odszkodowanie za śmierć bliskiej osoby?
Ta powiastka z 1902 r. to klasyka literatury grozy i zawsze, gdy los drwi nie tyle z marzeń, pragnień, ale więcej – życzeń, przypominam ją sobie. Po obejrzeniu „Obsesji” przyszedł mi nawet do głowy koncept na jakiś nieduży serial w stylu „Black Mirror”, który traktowałby właśnie o tym. Nazwałbym go „Małpia łapka” i każdy odcinek poświęciłbym innemu życzeniu spełnionemu (nawet dosłownie), ale tak, że autor życzenia tego gorzko żałuje. Zatem w stylu „Uważaj, czego sobie życzysz”.

Proszę w wolnej chwili pokusić się o taki eksperyment i spróbować wyobrazić sobie takie swoje życzenia i to, jak można by je spełnić tak, że się pożałuje.
Moja propozycja: problemy ze ludźmi wokół po wygraniu milionów w totka. Takie pierwsze z brzegu, zresztą też opowiedziane już kinowo („Milioner”).
„Obsesja” czyli jak to jest – dostać przyjaźń zamiast miłości
W „Obsesji” rzecz idzie o miłość, a to jak zabawa odbezpieczonym granatem. Bo – wbrew temu co myśli bohater tego filmu – miłość to nie tylko romans. To nie tylko same cudowności i wieczne szczęście, jak w wyobraźni, która podsuwa obrazy i fantazje o ukochanej osobie. O tej ukochanej osobie, której nie sposób zdobyć. Tej, do której się wzdycha, o której się myśli, ale która nie zauważa albo traktuje tylko jak przyjaciela, co jest ciosem może jeszcze większym. Jak mawiał Woody Allen, to największe upokorzenie – dostać przyjaźń w miejsce miłości.

Taka sytuacja jednak buduje świat fantazji. W tym świecie taka ukochana osoba zawsze jest młoda, piękna, cudowna jak woda z Lichenia, nie ma w zasadzie wad, a życie z nią to Olimp, Raj, Nirwana. Przecież wspaniałe jest właśnie to, co sobie sami wyobrażamy. Nic tylko sobie tego życzyć!
„Obsesja” może siedzi mi mocno dlatego, że nie jest tylko historią o tym, by uważać czego sobie życzymy, gdyż mocno nieprzemyślane życzenia bez baczenia na konsekwencje mogą okazać się koszmarnym błędem. Jest także historią o cieniach miłości, za którą stoją nie tylko motyle w brzuchu, drżenie serca, piękne chwile i intymna bliskość, zaufanie i oddanie, ale także koszmar stalkingu, narkotycznego uzależnienia, rezygnacji z własnego życia, podporządkowanie, a czasem i jeszcze gorsze rzeczy. W tym także obsesja w wielu jej odmianach – obsesja odrzuconego, obsesja zazdrosnego, obsesja seksu, obsesja na punkcie kontroli. Tu miłość jest horrorem także dlatego, że jest obsesją. Jest narkotykiem.
„Obsesja” czyli zakochanemu trudno się pogodzić z faktami
Chłopak, który życzy sobie, by pokochała go dziewczyna tak mu bliska, ale jedynie jako przyjaciółka, to człowiek, który za wszelką cenę próbuje zmienić to, czego zmienić się najczęściej nie da. Tyle tylko, że on nie przyjmuje tego do wiadomości. I na dodatek w jego stanie słyszy: „nie musisz przyjmować tego do wiadomości, może się spełnić”. To jak podanie strzykawki narkomanowi.
Przepraszam, że tak bezczelnie zasugerowałem zmiany w nie swoim dziele, do czego nie mam prawa. Przyszło mi jednak do głowy, że gdyby był on mniej demoniczny, to może stałby mniej horrorem, ale za to jeszcze bardziej obnażył ryzyko życzeń i pragnienia czegoś za wszelką cenę. Obnażyłby marzenia, które najczęściej nie idą w parze z rzeczywistością. Co by było gdyby nie było tu żadnej „onej”, żadnego rozdwojenia, ale serce bohaterki rzeczywiście zabiłoby mocniej, aby i tak zmienić życie bohatera w koszmar.

Wtedy jednak przychodzi mi do głowy, że nie dostrzeglibyśmy w pełni tego, co też jest w „Obsesji” wyjątkowe, mocne i cenne – oportunizmu. Można bowiem w pewnym momencie pożałować naszego bohatera, któremu los spłatał takiego figla z życzeniem, litować się nad nim, załamywać ręce, dopóki nie pojawią się sceny, w których nie ma on skrupułów, by sytuację wykorzystać. Osiągnął co chciał, pokochała go wyśniona dziewczyna. Sam przecież mówi: „Marzyłem o takiej chwili”. W końcu orientuje się, że coś tu nie gra, że to jakiś fałsz. A jednak ma problem, żeby zrezygnować ze swego daru. Potrafi powiedzieć „jestem bardzo zły, nie rób tak więcej” i pławić się dalej.
Nie widać w nim chęci zmiany, zatrzymania tego, uwolnienia dziewczyny. Przeciwnie, ma ją jak niewolnicę, a że towarzyszy temu obsesja – no taki efekt uboczny.
Zadajmy sobie zatem pytanie: kto tu jest katem, a kto ofiarą?
„Obsesja” czyli powrót do domu do przerażającej dziewczyny
Wtedy wycofuję się ze swoich propozycji zmian, żeby nie utracić tego oportunistycznego wątku, w którym może być krew, krzyk, taśma na drzwiach, a nasz bohater i tak sobie wyjdzie przez nie jak gdyby nigdy nic, by po pracy wrócić do domu, gdzie czeka zakochane dziewczę.

Spodobał mi się ten układ między przyjaciółmi, dość zawiły i zarazem na tak wielu płaszczyznach skrywany, może dlatego zwiększyłbym udział przyjaciół. Nawet kosztem makabry, bo nie powinni być tylko zdumionymi widzami tej osobliwej sytuacji, ale jej aktywnymi uczestnikami.
Nie zmienia to faktu, że jak na mało wyszukany horror „Obsesja” robi duże wrażenie i czułem wyraźne ciarki, gdy ją oglądałem. W sporej mierze to zasługa niesamowitej Inde Navarette w roli Nikki, która sporo się tu nakrzyczała, napłakała, nakrwawiła, ale największą siłę mają te jej sceny, które są subtelnym, ale mocnym walnięciem widza na odlew. Jej „zostań!”, jej „przecież tego chciałeś”, jej wyjście na ganek zaraz po wypowiedzeniu życzenia, jej „nie wiedziałam w co się ubrać” w drzwiach podczas wizyty, która tak wieje grozą, że ma się gęsią skórkę. Wreszcie dwa kroki, które robi od stołu w restauracji, gdy jej wybranek odszedł na boczek odebrać telefon. Wreszcie wpatrywanie się w niego uparcie, gdy rozmawia gdzieś na boku. Młoda aktorka wydobyła z siebie i swojej roli kolosalny potencjał grozy i sprawiła, że każdy powrót do domu, w którym ona jest, ściska gardło. Nie tylko kochanka, także widza.
Radosław Nawrot
