NAPISZ DO MNIE!
Kino

„Projekt Hail Mary” czyli życie po drugiej stronie lustra

Kiedy oglądałem „Projekt Hail Mary” (czyli de facto: Projekt Zdrowaś Mario), przyszedł mi do głowy E.T. Nigdy nie patrzyłem na niego jako na postać w gruncie rzeczy rubaszną i slapstickową. W zasadzie postać, która się teoretycznie nie broni, a jednak stała się kultowym symbolem chwytającym za serce. Tutaj z kosmitą zwany Rocky jest dokładnie tak samo.

„Projekt Hail Mary” (Project Hail Mary)

reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller
scenariusz: Drew Goddard
w rolach głównych: Ryan Gosling, Sandra Hüller, James Ortiz, Lionel Boyce, Ken Leung, Milana Vayntrub


Tej dziwacznej postaci, być może jednej z najbardziej oryginalnych w dziejach kina, można by postawić wiele zarzutów. Choćby ten najprostszy – że jest istotą tworzoną na skróty. Nie ma tu takiego subtelnego nawiązywania relacji jak w wypadku Elliota i E.T. Tu bohaterowie nagle lubią się, rozumieją, potrafią ze sobą rozmawiać. Jak na pstryknięcie, jakby wszystko miał załatwić tajemniczy tłumacz komputerowy. A jednak postawić taki zarzut trudno.

„Projekt Hail Mary”

Nie uchodzi bowiem i chyba nikt nie miałby serca, aby to zrobić. Głównie dlatego, że to serce zostaje skradzione. Przez ten film, przez tę dwójkę, przez samego kosmitę nazwanego roboczo Rocky (nie bez powodu). W konsekwencji czepianie się konstrukcji kosmicznego bohatera i jego relacji z astronautą granym przez Ryana Goslinga byłoby jak dopieprzanie się do E.T., że sztywny, dziwny, pretensjonalny i chodzi jak kaczka. Taki zarzut postawiłby każdego na marginesie emocjonalnej popkultury. Zatem i ja go nie postawię.

„Projekt Hail Mary” bowiem rzeczywiście kradnie serce. Rocky je kradnie. Więcej – a naprawdę nie przypuszczałem, że kiedykolwiek to napiszę – kradnie je Ryan Gosling. Widzieliśmy go w różnych wcieleniach, ale to jest bardzo oryginalne. Ktoś powie – no tak, taki gość jak Ryan Gosling pasuje na astronautę. Twardego, niezłomnego, odważnego. Wszak Neila Armstronga zagrał w „Pierwszym człowieku” perfekcyjnie.

Jego Neil Armstrong nie był herosem, a uciekinierem. W Kosmos leciał dobrowolnie, by oderwać się od grawitacji i ziemskich problemów. Tutaj jednak jest inaczej. Tutaj nie jest takim astronautą z NASA, jakiego sobie wyobrażamy. To raczej astronauta przypadkowy, chociaż doskonale wyszkolony. Niechętny, chociaż zdeterminowany. Trzęsący się i niepewny siebie, chociaż odważny.

„Projekt Hail Mary”

Jak w żarcie, który opowiada Rocky, czym jako uzmysławia nam jak trudno jest zrozumieć, czym w ogóle jest żart i na czym polega.

„Projekt Hail Mary” czyli zbawca ludzkości w przydługim swetrze

Ten Ryan Gosling to człowiek w wyciągniętej czapce, okularach i swetrze, nauczyciel z liceum. Zarazem to nasza ostatnia nadzieja wepchnięta do statku kosmicznego lecącego na ratunek światu, niczym w „Interstellar”. Lecącego ku gwieździe Tau Ceti, by tam przekonać się, że nie tylko on na ratunek światu podąża. Bo nadlatuje też ktoś z drugiej strony lustra.

Ryan Gosling jest uroczy w swej kreacji człowieka, który nawet przeszkolony i z doktoratem z biologii molekularnej, to i tak nie wie kim jest i co tu robi. Często improwizuje, a improwizacja okazuje się skuteczną metodą rozwiązywania wielu problemów, w tym z kontaktem z obcą cywilizacją. To cywilizacja zaawansowana, której sam statek robi wielkie wrażenie i w ogóle nieprzypominająca naszej, a jednak jakaś taka ludzka. Czasami bardziej ludzka niż ludzie.

„Projekt Hail Mary”

„Dobrze, że nie sam” – wybrzmiewa w „Projekcie Hail Mary” bardzo często, a samotność jest tutaj bardzo mocno podkreślona jako temat. Mowa o samotności w obliczu czegoś, co wydaje się nas przerastać. W obliczu już zaistniałej i spodziewanej straty. W warunkach tej samotności innego wymiaru nabiera heroizm, inaczej brzmi poświęcenie i wybór zawsze oznaczający utratę czegoś, czego się nie wybrało.

„Projekt Hail Mary” nie jest bowiem filmem jedynie o krążącej w przestrzeni kosmicznej samotności. Przeciwnie, owo „dobrze, że nie sam” oznacza, że samemu nigdy się nie jest. Twórcy tego filmu sięgają po wizję międzynarodowego zespołu ratunkowego z udziałem Chińczyków (to w każdym filmie o Kosmosie jest teraz program obowiązkowy) i mniej oczywistym udziałem Rosji (rosyjską kosmonautkę zagrała uzbecka aktorka Milana Vayntrub), ale jedynie jako fasadę. To nie współpraca międzynarodowa stanowi oś rozwiązania problemu, ale pojedynczy człowiek i jego otwartość. Na pomysły, inność, na kogoś, kogokolwiek.

„Projekt Hail Mary” czyli zagłada znowu nadciąga z zewnątrz

Mamy w tym filmie do czynienia z grupą ludzi znajdujących się w sytuacji niemal bez wyjścia. Międzynarodowa grupa naukowców i astronautów, która musi znaleźć rozwiązanie na wydarzenia tak ponure, że nie sposób wpleść tu choćby kawałek żartu, oddechu czy dystansu. A jednak się to udaje. Przecież nikt z tego NASA nie jest ponury ani nadęty. Nawet kierująca akcją Niemka Sandra Hüller (znana z brawurowych występów w „Toni Erdmann” czy „Strefie interesów”) z twarzą bez uśmiechu nagle pokazuje inne oblicze i nie jest tylko zwykła korpourzędniczką.

„Projekt Hail Mary”

Wolałbym, rzecz jasna, abyśmy nie odwoływali się do kosmicznych i sił z otchłani wszechświata jako przyczyn zagłady świata i ludzkości, na które nie mamy wpływu. Zamiast asteroidy gruchoczącej kości dinozaurów czy astrofagów pożerających gwiazdy wolałbym wskazać przyczyny zagłady bardziej namacalne i bliskie nam jak zanieczyszczenie, zmiana klimatu i globalna katastrofa klimatyczna, węgiel, ropę, śmieci, przeludnienie i i działalność człowieka, ale one nie są tak spektakularne. I wówczas Kosmos, z którym człowiek się mierzy, nie wyglądałby tak efektownie. „Projekt Hail Mary” jest bowiem także filmem wizualnie pięknym i dawno na ekranie kinowym nie pokazano nam Kosmosu w taki sposób.

„Projekt Hail Mary” czyli kosmita, jakiego dotąd nie było

Nie pokazano nam też dotąd takiego kosmity, który jest zarazem obcy naszym wyobrażeniom życia na innych planetach i stereotypowym przybyszów, a jednocześnie staje się tak niezwykle bliski. Osią „Projektu Hail Mary” jest bowiem brak samotności, jak powiedziałem, co w praktyce oznacza nawiązanie relacji. Film dzięki temu staje się niezwykle empatyczny i to w obliczu sił, które empatii nie sprzyjają, bo są to siły bezwzględne, z którymi nie można polemizować, negocjować, co nie znaczy że niczego nie można zrobić. Fizyka jest zimna i bezwzględna, a jednak staje się doskonałym fundamentem wrażliwego kontaktu.

To kontakt, o jakim marzy nie tylko każdy twórca filmu czy książki (to adaptacja prozy Andy Weira, który napisał tez „Marsjanina”), ale każdy człowiek. Kontakt z kosmitą życzliwym, przyjaznym, rozumnym i otwartym. Kontakt wiele wnoszący, rozwijający, absolutne marzenie, w którym nie ma miejsca na konflikt, zagrożenie, podbój i strach. To kontakt niemal dziecinny, jak z „E.T.”. Do tej pory filmy s-f przedstawiały kosmitów jako albo stworzenia bardzo niebezpieczne, albo bardzo przyjazne niczym maskotka i wymyślony przyjaciel. Ten Rocky jest przyjazny jak wymyślony przyjaciel, ale ma także osobowość pełną rozmaitych słabości, lęków i tego wszystkiego, z czym nawiedza go człowiek. Jest jak jego lustrzane odbicie.

„Projekt Hail Mary”

„Projekt Hail Mary” czyli nie jest dobrze, ale jest zabawnie

Podkreśla to humor, którym ten film jest przepełniony. To trochę zaskakujące i trochę jak w wypadku „Marsjanina” – traktujemy o sprawach poważnych, nawet smutnych i tak niebezpiecznych jak tylko można to sobie wyobrazić, a jednak jest humor. I on rozładowuje całą opowieść. Siłą rzeczy więc i kosmita Rocky musi być zabawny, bo bez tego nie dalibyśmy sobie rady w Kosmosie.

Nie pokazano nam także dotąd takiego Ryana Goslinga. Ja wiem, że nie każdy go lubi (też nie jestem jakimś wielkim fanem), ale doceniam, że poradził sobie w tym swetrze i czapce, z tą trzęsącą się ręką, gdy rozumie, co się wokół niego dzieje i zaraz wydarzy, wreszcie w skafandrze i na statku. Jestem tu nim zupełnie zaskoczony, bo nie takiego Goslinga się spodziewałem. A zwróćmy uwagę na to, że to drugi taki przypadek po „Marsjaninie”, gdy główny bohater niby zostaje sam, a jednak dzięki choćby temu jak się zachowuje i jak reaguje w gruncie rzeczy sam nie jest.

To wszystko razem sprawia, że chociaż ten film z takim Ryanem Goslingiem, takim kosmitą i takim pokazaniem misji kosmicznej sprawia wrażenie przaśnego i zbyt uproszczonego, wręcz familijnego chwilami, ze skrętem ku komedii, to jednak zarzutów postawić mu nie potrafię. Za bardzo skradł mi serce tą prostotą.

Radosław Nawrot

Privacy Settings
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy
Youtube
Consent to display content from - Youtube
Vimeo
Consent to display content from - Vimeo
Google Maps
Consent to display content from - Google
Spotify
Consent to display content from - Spotify
Sound Cloud
Consent to display content from - Sound