Kogo byście chcieli zagrać ze swej rodziny? Może ojca? Matkę lepiej? Może brata czy siostrę albo jakieś dalsze kuzynostwo? W filmie o rodzinie Jacksonów w rolę Michaela Jacksona – wielkiej gwiazdy popkultury – wcielił się debiutujący bodajże Jaafar Jackson. A zatem zagrał swego wuja.
„Michael”
reżyseria: Antoine Fuqua
scenariusz: John Logan
w rolach głównych: Jaafar Jackson, Juliano Valdi, Jaylen Lyndon Hunter, Colman Domingo, Nia Long, Miles Teller
Wuj Jaafara Jacksona nie żyje od kilkunastu lat, jak pamiętamy. Michael Jackson, który sypiał w komorze tlenowej, aby dożyć 150 lat, zmarł krótko po pięćdziesiątce. To jednak, czego dokonał i jak wyznaczył nowy kierunek muzyce rozrywkowej (w tym stwierdzeniu nie ma przesady), sprawia że stał się jednym z najintensywniejszych artystów wszech czasów i może jednym z najciekawszych. Można zrobić o nim z tuzin interesujących filmów. Można zrobić i taki.

Jaafar Jackson to syn Jermaine’a Jacksona, czyli starszego brata Michaela – także znanego z wielu nagrań i kariery muzycznej. Przebój „When the Rain Begins to Fall” z Pią Zadorą nagrał właśnie on. Z całym szacunkiem, żadna to kariera w porównaniu z młodszym bratem, ale nie można powiedzieć, że Jermaine Jackson to postać nieznana. Jaafar Jackson jako jego syn i bratanek wielkiego Michaela Jacksona był więc w podwójnie trudnej roli. Zagrać taką postać to jedno, ale zagrać ją jako swego wuja w pierwszej linii – to już zupełnie wyjątkowe.
Chciałem napisać, że Jaafar Jackson to aktor młody i początkujący, ale napisać mogę jedynie, że początkujący. On bardzo młodo wygląda, ale jest koło trzydziestki. Tej młodej twarzy goniący za nieśmiertelnością wuj mógłby mu pewnie pozazdrościć. Ona sprawia, że podobieństwo Jaafara Jacksona do wujka jest wręcz uderzające., Chwilami można odnieść wrażenie, że to dawny Michael Jackson z lat osiemdziesiątych wrócił do żywych (notabene, nie musze chyba tłumaczyć dlaczego) i że znowu go oglądamy. Nie pamiętam tak precyzyjnego wizualnego odtworzenia postaci, którą się gra, no ale też Jaafar Jackson zadanie miał ułatwione. Jest po prostu do stryjka podobny. Bardzo, ekstremalnie. Jest eteryczny, ale zdeterminowany jak Michael Jackson, ale w początkach swej kariery. Bo jego przeistaczania się w efekt operacji plastycznych film już nie tyka. Opędzlowuje to jednym, zbyt dużym nosem.
„Michael” czyli tak, on był lepszy od nich wszystkich
I to w zasadzie tyle, bowiem Jaafar Jackson bardziej tu wygląda niż gra. Nie dostał zresztą swojego stryjka do zagrania, dostał do odtworzenia. Film „Michael” w pierwszej kolejności odtwarza karierę wielkiego piosenkarza, a dokładniej – odtwarza pewne jej wątki, a resztę pomija. Nie ma się co dziwić, gdy wiemy kto czuwał nad tą produkcją, a wśród producentów znalazłem w napisach Johna Brancę, czyli prawnika Michaela Jacksona, który pomógł mu uwolnić się od więzów rodziny i ojca, Josepha Jacksona. Pozwolił opuścić Jackson Five, zwolnić własnego ojca z roli menedżera i wybić się na karierę solową, co było poniekąd zrozumiałe w wypadku człowieka, który całe Jackson Five przerastał o kilka długości.

„Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Od nas wszystkich?” – pyta w tym filmie Joseph Jackson kreowany przez Colmana Domingo (znany z nowego „Koloru purpury”). Odpowiedź nie pada, bo jest oczywista. Jasne, że jest lepszy.
Skoro zatem John Branca trzyma pieczę nad filmem, w którym zresztą sam występuje w błyszczącej roli (wciela się w niego Miles Teller, znany z „Whiplash” i „Mavericka”), to efektów można się spodziewać. Są równie oczywiste jak odpowiedź na pytanie seniora rodu Jacksonów.
„Michael” czyli nie, kontrowersji tu nie będzie
Nie będzie tu zatem kwestii oskarżeń o niewłaściwie relacji z dziećmi, o molestowanie. Nie będzie skandali ani dziwactw Michaela Jacksona. No, może poza tymi zwierzętami w domu, ale one są obrócone w słodki lukier. Żyrafa chodzi sobie za oknem, lama staje się powiernikiem Michaela Jacksona, a generowany komputerowo czy przez AI (tandetnie i okropnie, nawiasem mówiąc) szympans jest kochanym bobaskiem. Ja rozumiem słabość Michaela Jacksona do zwierząt i gdy zwierza się lamie, to gdzieś w tle pobrzmiewa jego samotność wśród ludzi. Samotność człowieka, któremu zostaje tylko matka, ale ten wątek jest tu słabiutki. Niefilmowy i cienki.

Jak zresztą większość wątków. Nawet tych, które opierają się na faktach. Weźmy sprawę reklamy Pepsi, którą Michael Jackson kręcił w 1984 roku, u szczytu swej kariery (i odtąd kojarzył się z tą marką) i podczas której doznał wypadku. Zapaliły się włosy, on się poparzył, źle to wyglądało. W tym filmie Michael Jackson mówi prawnikowi, by całe odszkodowanie przeznaczył na te biedne, poparzone dzieci w szpitalu. Cóż, tak było, to fakt i nikt tu niczego nie zmyślił. Ale tu jest ujęte w sposób zupełnie niefilmowy, przykro mi.
W efekcie dostajemy Michaela Jacksona eterycznego, delikatnego jak pióreczko, który w oczy ojcu nie potrafi spojrzeć, ale którego wszyscy kochają i to jest najważniejsze. Widzimy największego artystę i geniusza wszech czasów, który na dodatek leży na łóżku szpitalnym i marzy o tym jak ratować świat, opowiada jak to wszystkim musi pomóc. Ja doceniam charytatywność Michaela Jacksona, doceniam jego walkę o ochronę przyrody i klimatu, w którą tak mocno się w pewnym momencie włączył. Ale czy rzeczywiście o tym powinien być film o nim?
„Michael” czyli to taki zoperowany Michael Jackson
Bo ten Michael Jackson, chociaż tak podobny do oryginału, jest niczym zoperowana wersja. To pokaz nienaturalności na dużą skalę, przepleciony jedynie wstawkami o oczywistym konflikcie ojciec – uzdolniony syn. Konflikcie nawet nie podszytym pieniędzmi, ale czysto ambicjonalnym. To ciekawe, ale sęk w tym, że mamy tego na pęczki w kinie. I to konfliktów ciekawszych, od filmu o Jamesie Brownie (mentorze Michaela Jacksona) począwszy aż na toksycznej rodzinie Whitney Houston skończywszy. Wszędzie i zawsze to samo, więc oparcie opowieści o Michaelu Jacksonie na jego trudnej relacji z ojcem i wyzwoleniu się z jego zamordystycznego uścisku, spod jego paska od spodni, uwolnienie się z Jackson Five to zdecydowanie za mało na jakikolwiek dobry film. A już na pewno za mało na film o takiej postaci jak Michael Jackson.

Może gdyby się wgryźć w jakieś pojedyncze skrawki, w konkretne historie. Porzucić kompleksową opowieść o sławie i karierze (która zresztą i tak została porzucona, nie została dokończona), a skupić się na czymś bardziej konkretnym w stylu filmu o Stevie Jobsie z Michaelem Fassbenderem, może wtedy by się to obroniło… Sam wątek Josepha Jacksona, który powiada, że jeśli się jest częścią wielodzietnej czarnej rodziny gdzieś z Gary w Indianie, to nic nie spadnie z nieba wydaje się interesujący. Michael Jackson, dziecko jeszcze, które myśli o Nibylandii i Piotrusiu Panu, dostaje od ojca dorosłe zadanie wyrwania się z prowincji i sprostania wymaganiom kariery. Ciekawe, ale tu – wbrew słowom Josepha Jacksona – wszystko spada z nieba. Jest ciężka praca, ale wystarczy że Michael Jackson wejdzie do studia, już wszystko się układa. Ja wolę te sceny, gdy wpatruje się w telewizor i ćwiczy kroki, ruchy, wygibasy, gdy rodzi się moonwalk już u dziecka w głowie. Wystarczyłoby to rozwinąć…
Można by rozwinąć tę samotność Michaela Jacksona, zwłaszcza w sytuacji, gdy rodzina okazuje się problemem, a nie wsparciem. Mamy tu masę zwierząt zastępujących mu ludzi, one mogłyby pomóc odnieść się do jego poszukiwań kontaktu w sferach nam niedostępnych, pozaludzkich. Wytłumaczyć te dziwactwa, te komory tlenowe i voodoo, lęk przed śmiercią, zestarzeniem się, przed tym kim się jest. Czy to nie ciekawe? Przecież to Michael Jackson był pierwszym czarnoskórym artystą, którego genialne teledyski z płyty „Thriller” pokazała MTV. Te sceny z filmu pokazujące mocną rozmowę z MTV są prawdziwe. Był pierwszym czarnoskórym, by potem zrobić wszystko, aby stać się biały. Doprawdy, wolę obejrzeć film o tym niż pluszaki w szpitalu.

„Michael” czyli zmarli wychodzą z grobów i tańczą
Są tu rzeczy, które przykuły mą uwagę. To zwłaszcza „Thriller” – sam utwór i teledysk do niego, który jest być może teledyskiem wszech czasów. Śmiem twierdzić, że same kulisy powstania tego dzieła byłyby godne osobnego filmu. Tu możemy wejrzeć na plan teledysku do przeboju „Thriller”, wejść między żywe trupy i tancerzy poruszających się jak wychodzące z grobów zwłoki, a jednak z kunsztem godnym szkół tanecznych i baletu. Tancerzy rodem z gangów i ulic, których Michael Jackson rekrutuje wśród ludzi na zakręcie. Bo to oni czują to, o co mu chodzi. Czują ten ruch i rytm. Na planie „Thrillera” są martwi, a zarazem jakże żywi. Wyciągnięci w łachmanach z mogiły w każdym tego słowa znaczeniu. To akurat jest świetne i to mój ulubiony fragment. Niestety, kto wie czy nie jedyny. No może poza samą muzyką, która w wypadku Michaela Jacksona jest tak nośna, znana i porywająca, że wystarczy kilka nutek, by i kino podrygiwało.
Otóż to, tego twórcy filmu „Michael” chyba też nie rozumieją. Nie może być tego filmu bez muzyki, to oczywiste, ale muzyka Michaela Jacksona nie musi, co więcej, nie powinna wybrzmiewać w całości i pełnej krasie. To kino, do diaska, jeżeli ludzie będą chcieli posłuchać jego przebojów, puszczą sobie płytę „Thriller” czy jakąkolwiek. W wypadku tak znanej muzyki wystarczy, by leciutko zabrzmiała, wystarczy kilka akordów, a widz już złapie w czym rzecz.
Tak jak na planie teledysku „Thriller”, gdzie ten kawałek nie wybrzmiewa w całości. Jest jak akompaniament kadru i o to chodzi. Tym bardziej nie rozumiem po jakiego diabła mamy na końcu tak obszerny fragment „Bad”, odtwarzany z koncertu na Wembley niemal 1:1. Jako żywo przypomina to koniec „Bohemian Rapsody”, ale tam koncert Queen na Live Aid na Wembley jest puentą całości. Po wszystkich tych perturbacjach i zakrętach, a w których to Freddie Mercury jest pogubiony, a reszta zespołu cacy, wybrzmiewa on jako kwintesencja prawdy o Mercurym, którą widać dopiero na scenie. W „Michaelu” tego niema, tutaj ten zabieg jest zupełnie niezrozumiały i wydłuża film nie wiadomo po co.
Rozumiem, że kontrowersji ten film tykać nie chce. Tzn. rozumiem, bo przyjmuję do wiadomości, a nie rozumiem, że akceptuję. W takich chwilach bardzo szanuję Eltona Johna i jego podejście do „Rocketmana”, w którego się nie wtrącał. A tu… nie ma Michaela Jacksona bez kontrowersji. To pierwsze pytanie, który każdy zada w kwestii tego filmu. Nie ma takiego Michaela Jacksona jak tutaj,. Takiego lekkiego i pięknego, gładkiego i nieskalanego geniusza otoczonego pluszakami, zwierzętami i uwielbieniem, wolnego od ojcowskiego pasa. Jaafar Jackson jest bardzo podobny na ekranie do swego wuja, ale taki wuj nie istniał.
Radosław Nawrot