Przekaz „Venoma” jest dla mnie dość jasny: coś się musi stać, by zostać bohaterem. Coś, co pokaże życie z innej perspektywy. Nawet, gdy się jest tchórzem, bo cały świat na tchórzu stoi. Bo każdy ma swoją żabę, co przed nim ucieka. I swojego zająca, którego się boi. Wystarczy impuls.
Z jednej strony ten odcinek przygód agenta 007 (żeby tylko agenta!) jest rzecz jasna przełomowy, a z drugiej typowy. Możemy skupiać się na detalach, ale to nadal wciąż ta sama historia – Bond odpoczywa w tropikach; zostaje wezwany, bo ktoś z zupełnie niejasnych przyczyn próbuje podpalić świat; pościg, pościg, jakaś pani. Koniec
Wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, jak bardzo przypominamy bohatera filmu „Piękny umysł”. Otrzymujemy nadmiar danych, usilnie próbując zestawić z nich jakąś sensowną całość. „Jeźdźcy sprawiedliwości” to kolejna duńska zaduma nad tym, czego w życiu brakuje – chociażby akceptacji przypadkowości.
Liny ringu, oddzielające świat sportu od reszty obozu koncentracyjnego w Auschwitz, to także liny, wyjście po za które mogłoby oznaczać katastrofę dla tego filmu. Na szczęście tak się nie dzieje. „Mistrz” nawiązujący do wspaniałej „Olimpiady’40” i życia Tadeusza Pietrzykowskiego jest spójną opowieścią o sporcie w ekstremalnych warunkach jako sposobie na utrzymanie człowieczeństwa. I konsekwencjach jego utrzymania.
Całkiem interesująco zapowiadająca się opowieść o miłości, która zmienia człowieka na lepsze, by następnie doprowadzić do obłędu i zagłady, zmienia się w „Shang-chi” w sieczkę – bardzo efektowną, ale chwilami nużącą. Marvel zdaje się tym filmem wskazywać oczywisty kierunek rozwoju: Chiny.
Nowa wersja „Legionu samobójców” jest bez porównania lepsza od poprzedniczki sprzed pięciu lat. Tym bardziej doskwiera to, że straciła szansę na to, by stać się filmem niemalże kultowym – takim w stylu dzieła z lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych.
Do żadnego twórcy filmowego perspektywa czasu nie pasuje mi tak bardzo jak do M. Nighta Shyamalana. Trudno mi się pisze o jego filmach, bo jestem głębokim, niemal hipnotycznie uzależnionym fanem jego twórczości. I już wielokrotnie orientowałem się, że filmy Shyamalana doceniam dopiero po którymś obejrzeniu. Teraz też minie trochę czasu i…
Nie mam za bardzo ochoty umiejscawiać „Czarnej Wdowy” na rozbudowanej już osi Marvel Cinematic Universe. Po pierwsze dlatego, że się w tym już gubię, a po drugie dlatego, że to jednak kino, nie Netflix. Film, który otrzymuję w kinie powinien stanowić odrębną, spójną całość. Ten stanowi. I dobrze się go ogląda, z kilkoma zaskakującymi odkryciami.
Wszystkiego jest tu za mało albo jest w przesycie. Nie ma równowagi między startem a metą, prostą a wirażem. W efekcie dramatyczny finał tej historii, czerpiący przecież garściami z faktów, które znamy z polskiego żużla, już nie wybrzmiewa. Pierwszy polski film o żużlu w zasadzie o nim nie jest.
Kto powiedział, że ostatnia kula już została wystrzelona? Że wielcy bohaterowie lat osiemdziesiątych położyli już trupem ostatnią setkę wrogów? Kto twierdzi, że pordzewiały już najbardziej wyszukane typy broni, których użyciem emocjonowaliśmy się w kinie? W zasadzie to chyba ja tak twierdzę.
We use cookies to enhance your experience while using our website. If you are using our Services via a browser you can restrict, block or remove cookies through your web browser settings. We also use content and scripts from third parties that may use tracking technologies. You can selectively provide your consent below to allow such third party embeds. For complete information about the cookies we use, data we collect and how we process them, please check our Privacy Policy